Sztuka puszczania statków na wodzie.

Gdy miałem osiem lat, na tzw. zetpetach, dostaliśmy zadanie zbudowania statków. Statków nie byle jakich, bo pływających, które mieliśmy zwodować z okazji Dnia Morza, Pierwszego Dnia Wiosny, czy innej Matki Boskiej Zielnej! Nigdy nie lubiłem prac ręcznych i nigdy nie przykładałem się do nich, taktując trójki i czwórki z zetpetów na koniec semestru, jako po postu bez znaczenia! Mój ojciec z całą stanowczością powtarzał oczywiście, że: „Nie ma przedmiotów mniej lub bardziej ważnych!”, ale nawet mając tylko siedem-osiem lat, nie potrzeba było zbyt rozwiniętego zmysłu obserwacji, by dojrzeć iż moi rodzice cieszą się o wiele bardziej z piątki z polskiego czy matematyki, niż tych z plastyki czy rzeczonych zetpetów. Zadanie budowy statku, było zadaniem domowym, mieliśmy na nie kupę czasu (tydzień, dwa? – nie pamiętam; tak, wtedy wydawało się to strasznie dużo!). Niespecjalnie chciałem, ani umiałem zabrać się jednak do pracy. Koniec końców, nie było to zbyt trudne zdanie. Ot, wystarczyła butelka po wodzie; wystarczyło rozciąć ją wzdłuż, wszerz, skleić razem i już większa część pracy była wykonana. Nie miałem do tego jednak serca i po trosze liczyłem na pomoc mojego ojca, który – na ironię – projektowaniem i budowaniem statków zajmował się na co dzień! Pomoc oczywiście nigdy nie nadeszła, ale też ostatecznie nie była potrzebna. Wciągnąłem się: Któregoś dnia zabrałem się do pracy i… i nie potrafiłem przestać. Szlifowałem, cyzelowałem, tworzyłem kolejne elementy. Mój statek miał trzy maszty, na które naciągnięte były żagle z jakiegoś płótna, miał boki oklejone zapałkami pomalowane na ciemno bejcą, miał pokład i mostek i nawet, z tego co pamiętam, liny i zaciągi. Przez tydzień czy półtora, każde popołudnie upływało mi na wycinaniu, klejeniu, malowaniu, zdobieniu. Za inspirację do mojego modelu, posłużył mi piracki galer Lego, o którym zawsze marzyłem, a którego nigdy nie dostałem (co święta, urodziny i dnie dziecka, zawsze dostawałem jakieś zestawy związane z kosmosem lub lotnictwem; gdy w wieku lat 12 oznajmiłem ojcu, że chce zostać kontrolerem lotów, albo nawet pilotem, popukał się jedynie w czoło – to o co, kurwa, chodziło z tymi samolotami?!). Budowę ukończyłem na dwa dni przed terminem. Naprawdę byłem dumny ze swojego statku, nie było w nim niczego, co chciałbym zmienić, poprawić – był wręcz idealny. Dumny pokazywałem wszystkim efekt swojej pracy, i zaiste blask chwały bił od tego stateczku tak mocno, iż nawet mój ojciec oderwał się od telewizora, by obejrzeć i pochwalić. I dopiero następnego dnia w szkole zdałem sobie sprawę z tego, co się z moim statkiem stanie! Moi koledzy byli bardzo podnieceni wodowaniem, które miało odbyć się na Motławie. Statki miał być położone na tafli wody i odpłynąć sobie z nurtem, ale mnie to nie bawiło. Zbyt dużo pracy włożyłem w swój statek, zbyt z niego byłem dumny, by puścić go na wodzie i już nigdy nie zobaczyć. Biłem się z myślami całą noc, chciałem nawet wykoć drugi, gorszy, ale w końcu odpuściłem! Następnego dnia pojawiłem się w szkole bez statku, za brak zadania domowego otrzymałem oczywiście pałę, ściągnałem na siebie gniew rodziców, a dokładnie rok później upadł rząd Jana Olszewskiego, a także Polska uznała niepodległość Bośni i Hercegowiny – nie twierdzę, że te dwie ostatnie kwestie wynikają wprost z moich działań, niemniej takie są fakty! Statek ocalał. Stał dumnie na półce w moim pokoju. Moja duma szybko jednak spowszedniała, statek przestał mnie już tak bardzo interesować, w końcu ostatecznie o nim zapomniałem i kilka lat później trafił po prostu na śmietnik nie wypełniwszy nigdy swojego przeznaczenia. I tu dochodzimy do kwestii zasadniczej: Czy warto trzymać się kurczowo niektórych rzeczy tylko i wyłącznie ze względu na sentymenty? Czy nie warto po prostu czasem ich puścić?

Wieść gruchnęła nagle i co dziwne, nie otrzymałem jej od samych zainteresowanych, a wyczytałem podczas przeglądania prasy branżowej: blog.pl, największy i najstarszy portal blogowy w Polsce, zwija się z dniem 31 stycznia 2018 roku, a raczej: zostanie „zwinięty” przez swoich obecnych właścicieli Onet.pl. W pierwszej chwili pomyślałem: „O nie! 17 lat istnienia… 15 lat istnienia w ramach tego istnienia mojego bloga (czyli: istnienia!)…”, potem jednak, już bardziej rzeczowo, na myśl przyszło mi: „Kto się kurwa pozbywa 2,5 mln (tak właśnie: DWÓCH I PÓŁ MILIONA!) użytkowników?! Kto rezygnuje z tak potężnej bazy kontentów?!! No bo jaki może być koszt utrzymania infrastruktury, a jakie przychody z reklam?! I wreszcie: ciekawe ile będzie kosztowała domena blog.pl i o jakim rynku tu mówimy?”. Z wielkim zainteresowaniem śledzę od wczoraj temat! To, że Onet, czy też jego niemieccy właściciele, nie zdecydowali się po prostu na sprzedaż blog.pl to jedno, ale nie wykluczone, że za chwilę blog.pl pojawi się w nowej odsłonie, pod nowym właścicielem. To jednak pieśń przyszłości, być może nawet, że i łabędzia pieśń! Istotną kwestią na chwilę obecna jest dylemat odnośnie mojego własnego bloga: zostawić to tak jak jest, niech sczeźnie, czy eksportować gdzieś całą zawartość (najpewniej na wordpress’a)? Koniec końców, pisać znaczy ocalić od zapomnienia, ale też skazać na zapomnienie to co już napisane, by mogło to zostać było odkryte na nowo! Więc… Nie wiem! Od jakiegoś czasu zacząłem się zastanawiać nad blogowaniem „na poważnie”! Nie żeby zaraz wiązać z tym całe życie, ale żeby przynajmniej spróbować. Ostatecznie potrzebne do tego są: domena, ogarnięcie wordpressa i… i LightRoom ewentualnie! Tematyka, oczywiście…. Nie, nie polityka, zbyt duże stężenie gówna w gównie, a o tych parszywych chujach przy korycie i tych do koryta aspirujących, mógłbym pisać tylko w jeden sposób – o właśnie taki! Kwestie szerokorozumianej IT…. Antyweb, Spidersweb – zbyt duża konkatencja! Pomyślałem więc, czemu nie zostać blogerką modową?! Może w kwestii mody kobiecej nie mam zbyt dużo do powiedzenia (w czym kobieta wygląda najpiękniej? Otóż kobieta najpiękniej wygląda w łóżku naga), ale gdyby np. Na gali Piękni acz Przeciętni, kutas wyszedł mi spod sukienki „na ściance” – to by dopiero było; już choćby dlatego warto to rozważyć! Inna kwestia to rozdrabnianie się (po trosze) na drobne: Czy nie powinienem raczej skupić się na pisaniu książki? Innymi słowy: olać to?

Pomyślałem więc nad Of what silence speaks na wordpress’ie… Czemu akurat taki tytuł? Bo jest milusio depresyjny? Generalnie uważam, że nazwa means fuck all! I równie dobrze mógłbym nazwać swojego bloga: Stare dziwki śmierdzą naftaliną! Swoją drogą całkiem nie głupie i wpisujące się w poetyka np. Rogera Karmanika z Brighter Death Now: „You Got Sperm On Your Jacket (I Know ’cause It’s Mine)” czy Markusa Pesonen’a z Karjalan Sissit: „My Fucking Prostitute Wife Came Home With A Disease” do których obu panów jest mi całkiem po drodze! Idąc wiec tym tropem, mogłoby to równie dobrze być: Life is pointless, co i: Wysadzanie urzędów metodą chałupniczą; tytuł nie gra jednak takiego znaczenia. mainard.blog.pl tez niezbyt dużo mówił, a tak naprawdę, to chodzi o coś zupełnie innego: Zdobyć się na to, postawić ten stateczek na wodzie i patrzeć jak odpływa, jak niknie gdzieś za horyzontem i już nigdy nie powróci (treści zostaną w końcu skasowane), czy jednak trzymać się tego niewiadomo po co, postawić na półce, niech stoi, niech zbiera kurz, wywalić zawsze przyjdzie jeszcze czas?

O religii

Świadkowie Johowy jakoś się w ostatnim czasie… rozbisurmanili! To tylko potwierdza mądrość przysłowia: Daj komuś palec, a… Zaczęło się całkiem niewinnie: Pewnego sobotniego przedpołudnia zadzwonił domofon. Przemiły głos, przedstawiwszy się z imienia i nazwiska, zapytał, czy może wrzucić do mojej skrzynki na listy ulotkę, na temat religii, wiary i zbawienia? Człowiek po drugiej stronie furty, był uprzejmy, budzący sympatię. „Tak, jasne, czemu nie?” – rzuciłem. Przecież i tak nie uczyni mnie to konwertytą i koniec końców, znajdzie się w śmieciach. To był ten pierwszy raz. Z czasem Świadkowie przestali pytać o pozwolenie, zaczęli też coraz częściej i śmielej wydzwaniać z rożnymi pytania, na które mniej lub bardziej grzecznie odpowiadałem; np. gdy jakaś – wnioskuję po głosie – trzynastolatka, z pewną powagą spytała mnie, czy wierzę bardziej w N I E P O T W I E R D Z O N Ą T E O R I Ę ewolucji, czy f a k t, iż stworzeni zostaliśmy przez Boga?, odparłem: A czemu pani bardziej wierzy, rozumowi, czy przesądom? (tych mniej grzecznych odpowiedzi, nie będę przytaczał). Jehowi zaczęli nachodzić nas więc z systematycznością co druga sobota i każda pierwsza niedziela miesiąca, przedpołudniem. Jeśli o mnie chodzi, strategię obrali jednak marną! Nie przysyłajcie mi brzmiących jak nastolatki dziewczynek, starych bab parami, czy ojca z dorosłym już synem (a obaj odziani, jakby z pogrzebu wracali). Chcecie pozyskać choć na chwilę moją uwagę? Przyślijcie mi jakąś fajną trzydziestkę! Niech H&M’s będą w przedszkolu, a żona na uczeni, niech będzie nieznośny upał, niech trzydziestka poprosi o możliwość wzięcia prysznica i niech – jak to w takich wypadkach bywa – w łazience nie będzie akurat żadnego ręcznika, więc będę musiał go jej donieść i… i niech ona będzie wdzięczna mi za to (o, Panie!). Wdzięczna, jakby natchnął ją sam Duch Święty (czy Jehowi w ogóle wierzą w jedność Trójcy? Nawet nie wiem, nigdy nie udało mi się z nimi pogadać na dobrą sprawę o religii, zawsze jakoś tak zaczynają na dzień dobry od dygresji) i wtedy zobaczymy czy człowiekowi bliżej do mizernych świętych i umartwionych cierpiętników, czy raczej do małp bonobo! Oczywiście poradziłem to któregoś razu przez domofon, jednemu z tych akwizytorów dobrej nowiny. Na moje nieszczęście żart się nie udał, gdyż był to akurat jakiś trzydziestoletni, wraz z żoną i mocno nieletnim synem. Trochę mi głupio było, że go tak spławiłem na oczach rodziny, bo w końcu człowiek ten nie uczynił mi żadnej krzywdy, poza tym był po prostu istotą ludzką, a więc z definicji i wszech miar zasługującą na szacunek…. tyle teoria! Świadkowie Jehowy dzwonią jednak nadal. Myślałem parę razy nad rozwiązaniem tego problemu. Najbliżej znalezienia wyjścia byłem, dowiedziawszy się o planach Ministra Sprawiedliwości, by zasadę mój dom – moja twierdza wprowadzić w życie ustawą! Sprowadza się to mniej więcej do tego, że każdą osobę która naruszy mir domowy, w świetle prawa traktować można jak banitę w czasach zamierzchłych. Gdy tylko o tym usłyszałem, od razu naszła mnie myśl, że: „Taaak, w tym roku jednak chyba przyjmę KOLĘDĘ„, niemniej tą samą metodą mógłbym posłużyć się względem Świadków! Tylko, czy nie było by to w pewnym stopniu miłosierdzie? Świadkowie Jehowy to chyba – współcześnie – najbardziej wzgardzona grupa ever! Kominiarza na wiosnę wpuści każdy! Dobre wiemy, że to przebierańcy, handlujący kalendarzykami (wiemy, bo co jesień, uprzedza nas o tym nasz kominiarz!), ale jednak! Jehowych ludzie tępią niczym zarazę. Dobrze wiem, kiedy się zbliżają, bo sąsiad gromi ich z bezapelacyjną nienawiścią, gdy tylko choćby zbliżą się do jego drzwi. Fascynuje mnie wręcz, jak tzw. dobrzy chrześcijanie czy też Polacy-katolicy, co niedzielą proszący o odpuszczenie grzechów, potrafią poza niedzielą, z pełną determinacją czynić bliźniemu, co im samym niemiłe! Koniec końców, żaden z lokalnych dyskontów, delikatesów, czy marketów budowlanych, nie pytał mnie nigdy o pozwolenie, by wrzucać do mojej skrzynki swoje wydawnictwa promocyjne. W tych kategoriach traktuję też tą religijną akwizycję. Jehowi wciskają jednak dalej niebieski guzik na domofonie. Tak było nie dalej, jak wczoraj (w sobotnie przedpołudnie, oczywiście): Dzień dobry! Czy uważa pan, że człowiek powinien znać prawdę, absolutną prawdę, nawet gdy prawda ta, jest dla niego niewygodna? – A jak pan uważa? – Uważam, że tak, ale chciałbym poznać pana zdanie na ten temat. – A wie pan, co sądzę na temat takiego wydzwaniania na domofon, z takimi pytaniami? – Tak. Ale w takim razie przepraszam, że pana niepokoję. Czy mógłbym wrzucić do pana skrzynki na listy broszurę… – A czy pan wie, że ta broszura znajdzie się najprawdopodobniej w śmieciach, bez czytania? – Tak, wiem, że tak się może stać. – Więc jaki jest sens…? – Proszę pana, wiem że pan może nie przeczyta, że wyrzuci pan, ale jeśłi nie pan, to może ktoś inny, może nie na tej ulicy, może nawet nie w tym mieście, ale ktoś przeczyta! I to jest waśnie istotą naszej wiary. [- Dziękuję, ale nie skorzystam! Nie wierzę w żadne prawdy, które znajduje w skrzynce na listy, nawet rachunki za prąd co kwartał wydają mi się mocno przesadzone!] Poza pojawiającą się od czasu do czasu na YouTube’ie reklamą Grammarly, jest to chyba najlepszy komunikat marketingowy, z jakim spotkałem się od dobrych kilku miesięcy! Gdybym miał choćby jeden oddział takich ludzi – ludzi niezłomnie i bezgranicznie wierzących w głoszone treści, na rynku usług marketingowych nie miałbym konkurencji! Mógłbym nawet zapoczątkować własne wyznanie! Głosiłbym prawdy na temat dobra (przeze mnie pojmowanego, oczywiście!) i pławił się w bogactwie i uwielbieniu moich wyznawców! N I E S T E T Y! Bataliony religijnych akwizytorów zwiedzione zostały przez kogoś innego, może mądrzejszego, zapewne bardziej wiarygodnego i zdeterminowanego (a może: bardziej zdeterminowanego, przez co bardziej wiarygodnego?), więc nie pozostaje mi nic innego, jak odmawiać poznania prawdy przez domofon, co drugą sobotę i co czwartą, lub piątą niedzielę miesiąca. Szkoda! Po pierwsze: przydałaby mi się forsa (nie znowu tak dużo, wystarczyłoby na rozruch start-upu, który podkradłszy pomysł na aplikację Grammarly, rozwinąłby ją w języku ojczystym; ileż z tego byłoby miejsc pracy dla językoznawców, dziś pracujących w dyskontach, ileż prac zaliczeniowych, magisterek i doktoratów powstałoby dzięki temu, iluż światłych umysłów uwolniłbym, od problemów zawiłości leksykalno-gramatycznych? Tak, chyba jednak stałbym się po trochu antychrystem dla kanonicznie traktujących święte reguły języka polskiego filologów natywnych!), po drugie: Uwielbienie! Tego każdemu z nas potrzeba. Czy chwali nas szef, którym mimo wszystko pogardzamy, rodzice, żona (za wysprzątaną kuchnię, np.), czy ktokolwiek, nawet ktoś obcy: tym karmimy się na co dzień! W gruncie rzeczy Świadek Jehowy, ksiądz na ambonie, imam, czy rabin, stąd czepią swoją niepodważalną pewność o słuszności przez siebie głoszonego słowa. A czymże jest słowo? Czyż nie ciągiem słów układających się w zdanie, z pierwotnym znaczeniem, nie pozbawione jednak kontekstowej [re]interpretacji? Dla mnie [osobiście] jest strukturą – nabytą i wyuczoną. Dla mojej małżonki: psychiczną dyspozycją (jak my się w ogóle dogadujemy i – co ważniejsze – czy w ogóle [li tylko] jesteśmy w stanie się dogadać – nad tym nawet Chomsky straciłbym pewnie kilka bezsennych nocy!). Mam 34 lata, uroczą córkę i – pod pewnymi względami – genialnego syna i wierzę (tak, właśnie: wierzę), że po śmierci nie ma nic! I teraz proszę, przekonaj mnie do swojej wiary w zbawienie w sobotnie przedpołudnie przez domofon, lub w niedzielny poranek z ambony! Semantyka, głupcze!