|
mainard @ myspace mainard @ last.fm mainard @ slsk 2012 styczeń 2011 październik lipiec luty 2010 grudzień wrzesień 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec marzec 2008 wrzesień czerwiec marzec styczeń 2007 grudzień listopad październik lipiec czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2006 listopad październik czerwiec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2002 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec WWW: Moje oblicze - mój mord na sztuce pisania Black Page - najczarniejsza z czarnych stron Nigel - another great hero Independent - skarbnica NNK - intelektualna masturbacja AntyRadio94 - Rock:On Męska sprawa Axis of Justice - 'Know Your Enemy' Dissectional - 'Right-brain' StrongBad - and da Cheat... Activ Rock Show - Need I say more? Radio Io Ambient - 64 kb/s Warp Rec. - Autechre, Aphex Twin, Boards of Canada, Mira Calix, Nightmares on Wax... The Devil Doll sect - 'And the monstrous is just the different' Regnyouth - 'Nazywam się Soprano...' Maharishi Gandharva Veda - 'The Ethernal music of nature' Happy Tree Friends - Coś dla naszych miluśińskich... Ill Will Press - Stygmatooka wiewiórka... Fat Pie - Spoilsbury Toast Boy and Salad Fingers Inne światy: Adomas Agnieszka Amber Anastas Beretta Grapas Grima KamienieNagrobne Kot Behemot Looki Osa Dri(A)dowska Osobowe Poprostu Ja Stabar Sunset Vanessa W-Pracowniach Wirnik
![]() |
Or could this be...
Czasem, po całym dniu pracy, człowieka ogarnia tak wielkie zmęczenie, że wlekąc się noga za nogą na przystanek tramwajowy, myśli sobie: Nawet gdyby miałby to być cały zastęp starszych kobiet i nawet gdyby te wszystkie kobiety były akurat, jakimś cudem w ciąży i każda z nich miałaby być dzień przed operacją stawu biodrowego i wracałyby właśnie na kilka chwil do domu ze szpitala po długotrwałej rekonwalescencji z tyfusu.... i tak kurwa usiądę nie ustępując miejsca! Choćbym miał, taką starszą, uroczą, ciężarną, chorowita i w boleściach starszą panią własnymi rękoma zwlec z ostatniego zajętego w tramwaju siedzenia, usiądę! Więc dowlekłszy się na przystanek, przecisnąwszy łokciami na koniec platformy przy której staje tramwaj, człowiek wbija się do środka, nie podchodząc tym razem zbyt ortodoksyjnie do niepisanego zresztą prawa, że najpierw się wysiada, a dopiero potem wsiada, rozgląda z obłędem w oczach...… tak, jest, jest jedno wolne!... więc rzuca się na nie, siada... drzwi się zamykają, lecz oto nagle otwierają znów i przed człowiekiem takim staje tłustawa blondynka... ale jakoś dziwnie tłustawa... ciężarna! Więc wstaje człowiek i wycedza przez zęby, proszę, może pani usiądzie - i już słyszalnie tylko dla siebie - mam nadzieje, że cały ten tramwaj, z wszystkimi jego pasażerami zmieni sie w kulę ognia, zaraz po tym jak wysiądę na swoim przystanku! Ale za chwilę człowiek jeden uświadamia sobie, że jedzie aż do pętli... i reszta drogi mija mu jakoś tako, aż niepostrzeżenie jego myśli dochodzą do punktu, w którym myśli sobie: Nie mogę się doczekać, kiedy ludzkość na porządku dziennym zacznie zadawać sobie pytanie "Czy seks z własnym klonem to megalomania, czy wyższy poziom masturbacji?". I wtedy naduświadamia sobie, że trzeba być żonatym, niekoniecznie z długim stażem nawet, by bez skrepowania, bez zażenowania, otwarcie i całkiem na serio móc podejmować temat masturbacji / onanizmu. jakby na to nie spojrzeć, 50% rozmów pomiędzy żonatymi dotyczy, w mniej lub bardziej otwarty sposób, tego właśnie tematu! Cały wstyd z własnych, cnych-nie-cnych poczynań znika, odkąd pojawia się idealna wymówka! "No tak, wiesz, ale to nie moja wina przecież, skoro nic z tego, a ja mam jak każdy swoje potrzeby i jednocześnie ograniczone pole manewru - przecież nie będę zdradzał żony!". Właściwie, małżeństwo to jedyne wyjście dla wszelkiej maści onanistów, by w sposób jawny i godny uprawiać swój proceder! I wtem, nad głową rozbrzmiewa człowiekowi głęboki głos: "Koniec trasy. End of the line"... I człowiek uświadamia sobie, że po pierwsze, żyjemy w strasznie popieprzonej rzeczywistości, absurdalnej wręcz. Po drugi, że w ciągu 15 minutowej jazdy zatłoczonym tramwajem, wpadł na pomysł, który może zrewolucjonizować stosunki społeczne, zdefiniować strukturę społeczna na nowo! Aż strach pomyśleć na jakie nowe koncepcje by wpadł, gdyby przez pół dnia mógł oddawać sie rozmyślaniu, a nie gniciu w biurze! Mainard 2012-01-27 18:36:30
skomentuj (1) The cult of the SUN Mainard 2011-10-30 09:29:37
skomentuj (4) Narodziny Słońca Mainard 2011-10-25 12:42:15
skomentuj (0) ... after day, after day, after the day. Codzienna rutyna poranka daje spokój i pewność, że wszystko jest właśnie takim, jakim ma być, jednocześnie jest nie do wytrzymania. Czwartkowo-piątkowe poczucie towarzyszące mi od chwili, gdy otworzę powieki, że jeszcze tylko jeden taki poranek, że to już ostatni taki poranek i potem spokój na jakiś czas, to marne wynagrodzenie poniedziałkowo-środowego zaciskania zębów między 6:30 a 7:35. Co dzień rano oglądam te same twarze w autobusie. Troy Southgate miał rację, po pewnym czasie nawiązuje się pomiędzy ludźmi więź prawie że braterska – braterstwo niewolników. Oczywiście, kto tego nie czuje, nie czuje też tej braterskiej więzi, a na zaspanych i zapuchniętych o poranku twarzach, trudno odnaleźć jakikolwiek ślad samoświadomości własnego bytu. Lub też: kto nie czuje się niewolnikiem, jest nim w większym stopniu, niż ten, który zdaje sobie sprawę z własnej niewoli. Co rano wysiadam więc z autobusu pełnego znajomych obcych twarzy, przesiadam się na tramwaj… dwanaście do czternastu minut spokoju! Nie świadczy to o mnie najlepiej, ale nauczyłem się z czasem nie zauważać ludzi, którzy stoją nade mną z nadzieją, że ustąpię im miejsca. Czasem to robię – ciężarnej, lub jakiejś uśmiechniętej nieśmiało starowince. Reszta jest dla mnie tylko elementem tła, od którego staram się odwracać oczy i skupić na treści audiobooka, lub muzyce. Wysiadam pod Dworcem Głównym i jeszcze tylko dziesięciominutowy spacer dzieli mnie od murów dyrekcji… czasem jeszcze jeden papieros pod wejściem, cześć, dzień dobry, co słychać i już. W grubych pruskich murach czas płynie inaczej. Wolniej, szybciej, czasem godziny zapętlają się i o 11:15 znów jest 10:15 i od nowa wykonać trzeba w ciągu godziny swoje obowiązki, by dobrnąć do 11:15, czy 13:25. Czas po 11:09 następuje zaraz 14:10, czasem po 12:00 jest znów 8:01, o której nie powinno mnie tu w ogóle (jeszcze być), ale jestem i czekam na rozpoczęcie dnia pracy o 8:30. A potem… papieros pod wejściem głównym, spacer… z pewnym oszołomieniem wychodzę na ulicę, tłoczną, gwarną, która tętni miejskim życiem cały czas, lecz dopiero po fajrancie istnieć zaczyna dla mnie od nowa. W gwarze i ścisku, hałasie platformy przystanku, duchocie popołudniowego tramwaju, tłoku popołudniowego autobusu wraca do siebie. „Piekło to osiem godzin pracy, osiem godzin telewizji i sen”… i pobudka na pół godziny przed budzikiem i pustka, która rozciąga się do 6:00 rozdzierana po tej godzinie trzema drzemkami, i cała reszta wynika z powyższego. Wtorek. Środa. Czwartek. Piątek. Tydzień. Dwa tygodnie. Miesiąc… Rok. Dekada… Całe życie. Mainard 2011-07-26 10:37:19
skomentuj (6) ... jeszcze jeden z wielu kroków w tył Zastanawiając się dziś w trakcie korekty barw na skanie plakatu, który powstał zanim przyszedłem na świat, jakich złych nawyków pozbyłem się w przeciągu ostatniego… powiedzmy półtora roku, doszedłem do wniosku, że nie tyle pozbyłem się kilku faktycznie złych nawyków, co właściwie odzwyczaiłem się od kilku całkiem umilających życie czynności/procesów. Dalej, walcząc blurem z pikselozą po wyostrzeniu jednego fragmentu, by nadać mu ziarnistą teksturę, zacząłem hierarchizować, której z czynności najbardziej mi brakuje. Gdy pędzlem o rozmiarze 1px, przy powiększeniu do 600%, nadawałem odcień czerwieni kolorowym pixelą, które pozostały po procesie wyostrzenia i rozmazania, byłem już prawie pewien, że najbardziej brakuje mi tak zwanych resetów, które były oczywiście niczym innym, jak upiciem się do nieprzytomności, co tam nieprzytomności, które były upiciem się do obumarcia komórek mózgowych odpowiadających za pamięć krótkotrwałą, a dalej, oczywiście, blogowania. Odkąd zostałem jednak ojcem i chyba na krótko po ślubie, samo upijanie się nie sprawia mi już takiej frajdy jak dalej, dlatego postanowiłem wrócić… tak, wrócić do blogowania ze zdaniami jeszcze BARDZIEJ wielokrotnie złożonymi, niż przedtem, bez enterów i na pełnej kurwie zbliżającego się do trzydziestki pracownika budżetówki, należącego do klasy średniej, ojca, męża, jedynego żywiciela rodziny, na peryferiach miasta, gdzie rzuciły mnie przed rokiem ceny nieruchomości, praktycznie bez nałogów, bo na to trzeba zarabiać więcej niż dwie minimalne netto, nadziei, ale i złudzeń, z kilkoma sentymentami, wieloma wspomnieniami i tym gorzko-słodkim posmakiem, że już nie wiele mnie w życiu czeka, że niestety niewiele mnie czeka, że na szczęście już nie wiele mnie czeka. Theme song for today Mainard 2011-07-05 21:23:08
skomentuj (6) |