No właśnie…

Odkąd nowa książka Houellebecq’a ukazała się w przedsprzedaży, a ja – trochę szczęśliwym splotem różnych  zbiegów okoliczności – dostałem ją, nim empik zaczął jej wczesną dystrybucję, wyrażałem pełne przekonanie, iż jest do dobra książka, triumfalny powrót po kilku latach, na pewno bardziej spektakularny niż „Mapa i terytorium”, choć  jest to o wiele mniej wartościowa pozycja, niż „Poszerzenie…”, czy „Cząstki…”. I dopiero dziś, w pełni zasłużonym, okraszonym błogosławioną ciszą i świętym brakiem innych przymusów przedpołudniem… przeczytałem pierwsze sto osiemdziesiąt stron „Uległości”. Tak, po tym blisko dwóch-trzecich książki, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, iż jest to triumfalny powrót po kilku latach!, na pewno bardziej spektakularny niż „Mapa i terytorium”!, choć  jest to o wiele mniej wartościowa pozycja, niż „Poszerzenie…”, czy „Cząstki…”.  W związku z czym, zaczynam naprawdę głęboko zastanawiać się, czy moje poprzednie, niczym nieuzasadnione (choć dziś potwierdzone) opinie na temat nowej książki Houellebecq’a, są kłamstwem, czy – z perspektywy diachronii zdarzeń – presupozycją, która znalazła swoje potwierdzenie w…???

K. nie wyobraża sobie innego życia, niż to które obecnie prowadzić, choć powoli i nieuchronnie dobiega ono końca w tym wymiarze, pomimo tego, iż on nie zdaje sobie z tego zupełnie sprawy. Lacanowskie „nie wiedzą tego/o tym, choć to czynią”, sprawdza się w jego wypadku z pełną konsekwencją tych słów, a on sam jest modelowym obrazem tej tezy prezentowanej „z ukosa”.  Sam zresztą zasadziłem ten trzpień w jego statecznej egzystencji, sprawdzającej się do minimalistycznych wymagań ciepłych parówek i ciepłego piwa w puszce oraz gier RPG, w odpowiedzi na jego – najprawdopodobniej spowodowane niskim ciśnieniem atmosferycznym i ogólną mizerotą jesienno-zimowej aury –  narzekanie na ogólną beznadzieje życia, około dwóch lata temu. I tak niepostrzeżenie, mimowolnie, a na pewno bez jakichkolwiek intencji w tym kierunku, stałem się jego życiowym mentorem! Tych kilku rad i życiowych mądrości nie powstydziłby się sam mój ojciec! Znajdź sobie dziewczynę, lub – jeśli jest taka – nawiąż relację z tą, która ci się podoba (i którą znasz przynajmniej z widzenia!). Albo: ogranicz węglowodany do porannego spożycia, a potem już tylko białko i zdrowe tłuszcze, a co drugi wieczór – wiadomo! Zamiast zabierać ją na piwo, idźcie do herbaciarni (taki typ – wywnioskowałem z ogólnego, mglisto-idealistycznego opisu). Spacer wiosennym wieczorem w deszczu (banał – wiem, i niestosowalny przy ogólnych tendencjach do przeziębień!), letni wschód słońca lub jesienne popołudnie… Interesuj się jej lekturami, oglądajcie filmy (choćby nie wiem jak chujowe!), które ona wybierze, jak na kolacje zjesz sałatkę, a nie parówki, to raczej anemii nie odstaniesz! Kina, teatry, restauracje, a w letnie weekendy siódme poty rowerem pod górkę – ale ważne, że razem z nią. Ubieranie się w sieciówkach, to niestety konieczność klasy średnio-średniej, ale nie staraj się wyglądać jak manekiny na wystawie, lub: Nie wyhodujesz zarostu goląc się co drugi dzień, tylko goląc się codziennie maszynką do strzyżenia (niestety nie znalazłem panaceum na jego przedwczesne łysienie, poza pogodzeniem się z faktem i regularnym goleniem na zero).  I tak z dnia na dzień, tygodnia na tydzień, poprzez kolejne miesiące i pory roku, pytany – odpowiadałem.
Byłem na bieżąco jeszcze na etapie planów zakupów trzypokojowego mieszkania (zwyczajne salon, sypialnia , „a ten jeden pokój, to będzie komputerowy”), a potem K. zmienił pracę (a raczej praca jego), przy sporadycznych spotkaniach nadal nie skąpił informacji, ale bardziej chętny był do zadawania pytań, niż snucia narracji. Aż tu nagle, w zeszłą środę, przy przypadkowym spotkaniu: wózek, łóżeczko, przewijak, jaką farbą pomalować pokój dziecka? (ta, jakby którekolwiek spało w swoim pokoju do ukończenia roku! – nie znam kobiet, które na to przystają, choć dziecku do jest nadwyraz obojętne), czyli już po „pokoju komputerowym”. Ale K. nadal zbiera figurki, które ręcznie maluje (a mnie szkoda weekendowego popołudnia, by pomalować kaloryfer na czerwono w salonie i żółto u Hanki w pokoju!), kolekcjonuje komiksy (pamiętam: „Ok, rozumiem, ale zakup trzech nowych wydawnictw [z Cyclic Law / Malignant Records] to koszt dwóch paczek pieluch, poza tym kupiłeś już w tym miesiącu trzy książki, nie wspominając zakupów na Zalando!” – nie, że sobie cokolwiek wypominamy!, a potem: „W sumie to tylko cztery stówki… Kurwa, jeszcze rachunki za telefony i kablówkę w tym miesiącu, a zaraz będzie trzeba zapłacić za młodej zajęcia z integracji sensorycznej!), no i przede wszystkim jeszcze ma czas, by poświęcić czas (sic!) sobie i swoim pasjom… Jeszcze ma czas. Nie wiem, czy jest szczęśliwy. Z tą „bródką” o gęstości zapałek powtykanych w psie gówno, niezdrową bladością, widocznych pod oczami nieprzespanych nocach i lekkiej opuchliźnie twarzy, którą powoduje regularne picie wysoko stężonego alkoholu kiepskiej jakości, nie przedstawia sobą ucieleśnienia szczęścia. W sumie, gdybym machnął na niego ręką dwa lata temu, lub przynajmniej nie otworzył gęby, nadal chodziłby we flanelowych koszulach do za szerokich dżinsów i opowiadał o tym, jak to jakiś „gostek” na komunikatorze jakiejś gry opowiadał śmieszną anegdotę… A może i nie? Ale i tak czuję się trochę winny tego nagłego wydoroślenia, które czeka go na sterylnym korytarzu porodówki… z krzykiem nowonarodzonego w tle. W obliczu traumy wszystko ulega zawieszeniu.

Ten mój kabotynizm, kiedyś (być może w niezbyt odległej perspektywie) zgubi mnie. I to ostatecznie. A przy okazji kilka innych osób.

Retorycznie

Prawda o nas w tych dniach jest tak, że albo jesteśmy bezrefleksyjnie tolerancyjni: Jasne, dlaczego by nie? Ile? Najlepiej wszyscy! I weźcie jeszcze sąsiadów!

Albo jesteśmy umiarkowanie sceptyczni: Oddam im swoją ostatnią koszulę, ugotuję obiad i wyślę… byle daleko!

Albo milczymy… z oczywistych powodów.

Albo zadajemy nader trafne pytania: Jak mają się czuć miliony Greków, obywateli Europy, którzy współtworzyli tę wspólnotę od kilku dekad, gdy Europa odmówiła im umorzenia niezawinionych przez obywateli długów, a teraz funduje wygodne życie milionom emigrantów, którzy europejczykami nawet nie są jeden dzień? 

Pesto a’la Tesco

Więc zdeklarowałem się, że ja zrobię obiad: Makaron z pesto i boczkiem. To było wieczorem, a potem rano czas rozmienił się na drobne czynności, naraz i jednocześnie, po kolei, czasem bez składu i ładu, bez związku ze sobą samymi. No bo i kaszka na śniadanie i pranie z pralki na suszarkę i jakieś faktury, telefon, potem znowu, korekta po prośbie i redakcja po znajomości – tak jednym rzutem oka, bo bajka się kończy, a jeszcze mail i drugie pranie, a zaraz trzeba by wyjść. Ale w końcu szybko, szybko, wszystko na raz i nic porządnie. Świeża pielucha, krem z filtrem 50, czapka, kubek z wodą, telefon, okulary słoneczne, portfel… zapalniczka, a gdzie fajki? Chuj-z-fajkami, buty i klucze. A mój sąsiad na dole – już czeka. Stateczny, elegancki starszy pan a starczo-upierdliwo-zramolały! Nie chodzi mi nawet o ten small talk, nader oczywiste oczywistości, te wszystkie: Zostawił pan wczoraj wózek przed domem, oj chyba macie państwo za dużo pieniążków, co? albo: No, ale ten alarm to u was całe przedpołudnie wył [przepięcie ], że oszaleć można było (ale chuj na ochronę ani policję nie zadzwonił!). Chodzi mi o tę jego rozlazłość – i to w najgorszym wydaniu, bo naumyślną! Na przykład: Prawie przed każdym wyjazdem wyprowadza auto na podjazd, obraca samochód o 180 stopni płynnym manewrem, wysiada, idzie do garażu, wraca z jakąś butelką, uzupełnia płyny pod maską, zamyka ją, odnosi butelkę, wraca, wycofuje samochód, chwilę w nim siedzi przy włączonym silniku. Wysiada w końcu i idzie zamknąć garaż, a potem wraca-wsiad-rusza… powoli. Totalne marnotrawstwo czasu! Skrajne przeciąganie każdej czynności, wydłużanie jej w jakiś skomplikowany proces pełen detali i zależnych od siebie sekwencji następujących jedna po drugiej z jakiejś nieopisanej konieczności. A ja nie mam czasu by poszukać fajek, bo mogą być gdzieś, aczkolwiek stosunkowo niezbyt daleko / głęboko! Uznaje to za kolejną, kurewską niesprawiedliwość losu.
… A z tym pesto to w końcu było tak, że wyszliśmy z domu około południa. Przeszliśmy przez bramę wjazdową – otwartą, bo ekipa pielęgnująca zieleń postawiła samochód na wjeździe, blokując fotokomórkę (jakby się nagle mieli ewakuować do pilnego wezwania ws. przycięcia krzewu/trawnika! – ale nie chciałem ich opierdalać, bo w sumie było mi to na rękę). Przeszliśmy w poprzek ulicy i chodnika, schodami w dół nad jezioro i kamienną ścieżką obeszliśmy je na drugą stronę. Wspięliśmy się po nowo wyasfaltowanej uliczce koło naszego pediatry i między domkami wyszliśmy na wysokości granicy administracyjnej miasta. Prosto, wzdłuż głównej ulicy, fantastycznie szerokim chodnikiem z jeszcze obszerniejszą ścieżką rowerową, na drugą stronę dwuetapowym przejściem przed którym każdy kierowca się ZAWSZE zatrzymuje, doszliśmy do centrum handlowego, potem głównym wejściem przed siebie prosto… ale mała rączka wykrzywiła się ponad głową, wskazujący palec pokazał na lewo i tata, tata…tata-tata…tatatata! – „zdyszanym” szeptem, na sklep z zabawkami. W środku Mała Rączka wybrała największy, niebiesko-limonkowo-żółty wiatrak na patyku (oczywiście z brokatowego papieru!), a ja drugi drugi: czerwono-pomarańczowy – by uniknąć popołudniowych sporów. I dwie paczki grubych kredek świecowych z kosza na promocji. I grube, trójkątne mazaki – bez zbędnego brązu i fioleto-różu, za to z trzema odcieniami zieleni i błękitu. I cztery kolorowanki – dwie „dla chłopca”, dwie „dla dziewczynki”, bo nigdy nie wiadomo, kiedy mali przyjaciele Han nagle objawią nam się z urodzinowym tortem. Cztery opakowania baniek mydlanych – już przy kasie i jeszcze powrót na sklep, by wybrać dwie koszulki rozmiar 128 – najmniej infantylne, choć to trudne, bo to typowy rozmiar siedmio-ośmiolatek… choć kupiony dla niespełna 5-latki. Ze sklepu z zabawkami do kiosku po fajki i butelkę wody (kurwa, a gdzie mam kartę?!). A potem do Tesco i wzdłuż alejek z sosami i pesto, prosto po śmietanę 30%, mrożony groszek i na garmaż po kawałek wędzonego sera (zapamiętaj: karta w lewej przedniej kieszeni, z telefonem!)do sosu z boczkiem, bo makaron z boczkiem i pesto to takie się niestaranie, co rodzi niezbyt głęboko ukryte urazy. A sos serowo-śmietanowy z boczkiem i mrożonym groszkiem, z odrobiną świeżego tymianku do makaronu to tylko znośne marudzenie, że trzydzieści minut dłużej biegania wieczorem, że znów za długo na siłowni… Jak mawia mój kolega o tych sytuacjach: takie tam, pierdolenie! A potem do domu, tą samą drogą (gdzie ja wsadziłem kartę?), w górę i w dół i znów w górę. Na huśtawkę (obowiązkowo!), na własnych nogach pięć metrów przed wózkiem tup-tup-tup, trochę z moim przestępowaniem z nogi na nogę, bo już czternasta się zbliża, zaraz pielucha, drzemka, makaron, sos (to akurat szybko!), a jeszcze pranie! A tymczasem sąsiad z zakupami z bagażnika, jedna siatka, druga, trzecia, czwarta – na chodnik, klapa od bagażnika, jedna siatka, druga, trzecia… do domu – nie! na schody, do samochodu, drzwi, odpala, podjeżdża, wysiada, otwiera, wjeżdża, wysiada, zamyka, zamyka, sprawdza, znowu – dla podwójnej pewności, staje, chowa klucze do kieszeni, wyciąga z drugiej klucze do domu, na schody, jedna siatka, druga… klucz w zamek…

Powracająca fala

… a potem postanowiłem wrócić do pisania. Nie, właściwie to postanowiłem coś napisać. Więc usiadłem i zacząłem. Pisałem, pisałem i pisałem. Skończyłem po jakiś pięciu godzinach. Wyszło przeszło piętnaście stron. Przeczytałem całość i dopiero wtedy postanowiłem wrócić do pisania. Dałem tekst opowiadania – bo wszystko wskazywało na to, że jest to opowiadanie – paru osobom do przeczytania. Nikomu szczególnemu, bez zastanowienia, na chybił-trafił, kto się napatoczył, chociaż może nie że od razu każdemu. Więc pierwszy dostał J. bo był najbliżej – biurko w biurko. Z tą swoja pedalsko-ewangeliczną kulturą pracy, tekst przeczytał dopiero w domu, wieczorem. Druga była M.. Z M. jest ten problem, że ma do mnie taki dystans jak ja do niej – czyli żaden. Oczywiście upijamy się regularnie-sporadycznie i od czasu do czasu, potem ona uwieszona na moim ramieniu i do taksówki, a następnego dnia ma zazwyczaj problem z przypomnieniem sobie kto płacił. Mamy swoje krępujące chwile milczenia w tramwaju (krępujące dla osób trzecich, wspólnych znajomych, którzy z nami jadą), potem nie mozemy się nagadać przez sześć przystanków, ale jesteśmy tylko kolegami, bo jej chłopakowi byłoby przykro, moja żona by się wkurwiła… być może nawet i na odwrót! Dałem jej ten tekst, tak jak zazwyczaj daje jej papierosa, a ona stawia mi shota, a potem kolejne… Potem był D.. Potem była P., która skończyła swój feedback słowami: „A wiesz, że od października znowu prowadzę kurs creative writing? Możesz wpadać jako wolny słuchacz”. A potem był L.: „Ej, zajebiście. A jak twoja książka?… To kiedy będziesz ją rozsyłał do wydawców? Wiesz, znam ludzi w Czarnym? Jak coś, daj znać”. L. jest autorem czterech książek z zakresu historii (dlatego nie rozumie!), pracuje właśnie nad piąta i już zaczyna pisać szóstą. L. jest też autorem jednej dwudziestej piątej doktoratu z historii. Mógłby pisać ze swoim warsztatem beletrystykę, ale jest faktografem i już trudno!
Wszystkim się strasznie podobało i wszyscy mówili, że więcej, więcej!
Włożyłem tekst do szuflady na dwa tygodnie. Pewnego wieczoru Keep przypomniał mi o jego istnieniu. Wyciągnąłem wydruk z szuflady – bez specjalnego namaszczenia i/bo bez przesady. Przeczytałem. Następnego wieczoru znów, a po lekturze upchałem go z powrotem między papiery. Ee, a taki chuj!

Standing…

… on the balcony, drinking myself to sleep, dreaming of revolution. Wszyscy mi powtarzają, że powinienem znaleźć sobie jakieś hobby… Społeczni akceptowalne hobby. Więc może… polityka? Kontr-polityka! Zajmowałem się kontr-kulturą, więc dlaczego nie kontr-polityką? Problem niestety polega na tym, że można się tym zająć jedynie w ramach społecznie akceptowalnych form. Innymi słowy, nigdy nie wykroczy się poza tak zwany nawias… No chyba, że tylko po to, by postawić kropkę.

Umiem coś-tam, coś-tam…

Kolega („był jednym z chłopaków” w swojej firmie dopóki nie awansował i nie stał się szefem): Mam wrażenie, ze moi koledzy mnie nie lubią.
Ja: Dlaczego tak uważasz?
Kolega: No na przykład ciągle zastawiają mój samochód na parking!
Ja: Wiesz, to może nie być kwestia lubienia. Oni cię chyba nie szanują po prostu.
Kolega: Ale ja nie chce by mnie szanowali! Chce żeby mnie lubili.
Ja: No właśnie dlatego Cię nie szanują.

Proszę, nie obarczajcie mnie po ośmiu godzinach pracy swoimi problemami. Nie pomogę. Właściwie, mogę jedynie zaszkodzić.

Jak sprawić by ludzie myśleli, ze jesteśmy dla nich mili? Najlepiej po prostu być dla nich miłymi! A jak być dla nich miłymi? Udawać, że jest się miłym w sposób bardzo przekonywujący. A jak udawać, że jest się miłym w sposób bardzo przekonywujący? Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć!

Zarządzanie

Malkontenctwo ma niestety to do siebie, że z wyjątku od reguły szybko staje się regułą; z jednej (jednej za dużo?) chwili słabości, czy zwątpienia, drugą naturą człowieczą. Znam ludzi tak bardzo zafiksowanych na punkcie tego „co jeszcze jest nie tak”, że narzekają nawet na to, że wszystko idzie za dobrze, zbyt łatwo, przez co… praca staje się nudna i pozbawiona wyzwań (jest to zazwyczaj czwartkowo-piątkowe hasło dnia, w odróżnieniu od poniedziałkowo-wtorkowego: za dużo, za mało czasu, za trudne, jest nas za mało… a w ogóle, po co my to robimy? B E Z S E N S U !) Praca z takimi ludźmi bywa często męcząca, najczęściej jednak frustrująca, a tylko z rzadka mająca jakieś pozytywne przełożenie na… cokolwiek właściwie. Na drugim biegunie, szef wieczny optymista „będziemy się martwić, gdy będzie o co”, też potrafi nieźle zmęczyć. Mówi się, że tacy ludzie (optymiści) żyją dłużej. Niestety, to samo słyszałem parę razy o… ignorantach. Trochę szkoda, ponieważ bardzo lubię mojego szefa i o ile takie uczucie jest mi zazwyczaj obce – szanuję go również. Jest to chyba jedyny z moich wszystkich przełożonych, który powierzając mi jakieś zadanie, choć przy podziale obowiązków dawno już zdecydował, że tym zajmę się ja i nie kto inny (i że pracę/sprawę wykonam/załatwię dobrze/szybko i sprawnie, lub też bardzo dobrze/z pominięciem obowiązujących formalności, postępowań proceduralnych, jednak w sposób oficjalny i legalny), nigdy jeszcze nie zrezygnował z formułki: „Czy mógłbyś się tym zająć / Czy mógłbyś EWANTUALNIE się tym zająć?”. To miłe, nawet jeśli to tylko formułka grzecznościowa. Takich właśnie rzeczy uczą na podyplomówkach z  zarządzania. Niby oczywiste, ale jednak… To zresztą działa i poza ścianami instytucji, w której jest się zarządzanym mniej więcej w tym samym stopniu, w którym się zarządza. Gdy w zeszłym tygodniu w sklepie monopolowym, poprosiwszy o paczkę Lucky Strike’ów CZARNO-ZIELONYCH, zapytany zostałem przez ekspedientkę [na oko 30-35 lat], trzymającą w reku paczkę JEDYNYCH NA RYNKU czarno-zielonych LSów, „Czy to te”, bo ona nie wie, gdyż nie pali i jest to jej pierwszy dzień w pracy, mogłem się zdobyć na złośliwość typu: Aha, czyli szkolenia z KOLORÓW ci jeszcze nie zrobili. Zamiast tego jednak, odparłem: Świetnie sobie radzisz jak na pierwszy dzień!  Będziesz tu na stałe, czy to tylko tak na wakacje, w przerwie od studiów? „Hihihi – odparło głupiutkie dziewczątko, cierpiące najprawdopodobniej na daltonizm – nie jestem już studentką (no kurwa raczej!)”. Uśmiechnęła się przymilnie, proszę-dziękuję-miłegodnia-dowidzenia… Ta historia nie byłaby warta przytoczenia, gdyby nie jej kontynuacja kilka dni później, gdy wracając z pracy, zmęczony upałem, bez pomysłu na wieczór samemu w domu (jednocześnie musząc trochę pracować, a nie stać na balkonie żłopać i jarać, postanowiłem kupić jakieś lekki wino… Moim byciem miłym, moim uśmiechem, udało mi się nakłonić (to nawet nie to słowo!) tę samą głupiutką sprzedawczynię, by wdrapała się na CZTERY dość wątpliwie-stabilnej konstrukcji skrzynki od piwa i sięgnęła na najwyższą półkę po białego Rieslinga, który zakurzony stał tam od zawsze i w razie braku tegoż trunku na niższych półkach, ekspedientki nieodmiennie mówiły: „NIE MA” – A tam o góry? – „Do celów wystawowych!”. Dziewczę blade jak trup, niemniej uśmiechnięte w ramach odwzajemnienia sympatii (tak to sobie tłumaczę), zarzuciło nawet „mięsem na bufet” wydając mi resztę – świadomie i bez krępacji! Tak, w obliczu tego wydanie piętnastu tysięcy w ramach poświęcenia co drugiego piątkowego popołudnia, co drugiej soboty przez rok, w celu uzyskania dyplomu i certyfikatu, wydaje mi się jawnym sprzeniewierzeniem… mojego wolnego czasu w pierwszej kolejności i środków publicznych w drugiej. Oczywiście pytanie „jak radzić sobie z malkontentami”, pozostaje nadal otwarte… Tu oczywiście z pomocą przyszedł mi jeden z moich pracowników, który – myśląc, że mnie nie ma w pobliżu – stwierdził: W dupie to mam, mam przecież szefa, niech on się tym gównem martwi. Dobry zarządca zasobami ludzkimi / kierownik /dyrektor / menadżer, poganiacz niewolników, to człowiek, który wsłuchuje się w głos swojej załogi i wyciąga zań odpowiedni wnioski, na bazie których podejmuje odpowiednie, a więc słuszne decyzje.

It’s amazing what you can get at Tesco these days

Swoją drogą, nie ma rodziców, którzy o trzeciej nad ranem nie śpiewaliby: „Śpij, ach kurwa, śpij”. Są tylko ci, którzy się do tego nigdy nie przyznają. Nawet Matki Polki-katolki mają przecież swoje chwile słabości, względnie przydzielonych z urzędu psychoterapeutów i to już po pierwszych dwóch lata rodzicielstwa… A przecież najgorsze dopiero przed nimi!

Po… zatrzask… Potrzask!

Pięć dni. Tyle zostało mi (po)darowane. Właściwie cztery i pół… A być może tylko jeden. Jeden dzień, który spędziłem na omijaniu ścian we własnym mieszkaniu, omijaniu pustych przestrzeni salonu, kuchni, długości korytarza, lustra w łazience i klamki drzwi pokoju Hanki. Dzień spędzony na podłączaniu laptopa do telewizora poprzez kabel szeregowy, monitora przez HDMI (dla bocznego podglądy), konfiguracji bezprzewodowej sieci, by laptop miał dostęp do plików na komputerze, podłączeniu klawiatury do lapa, by… zasiąść wygodnie na kanapie i odkryć, że do pełni szczęścia i komfortu pracy brakuje 30 centymetrów kabla od myszki (kurwa jego mać!). Dzień spędzony na wyciąganiu książek z witryny, odkładaniu jednej na stolik kawowy, by odłożyć na miejsce inną (Cortazar, Frank, Lacan, Freud, Cortazar, Cortazar w trzeciej odsłonie); dzień spędzony na nieczytaniu, domykaniu budżetu, zamykaniu projektu, tłumieniu świadomości, że „jeszcze będzie do tego trzeba wrócić”, niegotowaniu, niejedzeniu, parzeniu kawy i jej niepiciu, liczeniu papierosów w paczce. A wszystko to w zupełnej ciszy podszytej szmerem Hakobune, szmerem dobiegającym z za uchylonego okna balkonowego… W idealnym świecie, obudziłbym się tego dni, w tym dniu. Wczoraj nie byłoby dniem, z którego przybyłem, ponieważ wczoraj byłbym tu. Lokaj podałby mi kubek z białą kawą; nie byłby on (lokaj) realnym bytem, a jedynie zmaterializowaną projekcją moich zaktualizowanych przez świadomość/podświadomość potrzeb. Wstałbym z łóżka i oddał się porannej toalecie, według własnego widzi mi się, bez konwenansów. Potem, stanąłbym przed wyborem, niczym nie determinowanym: czy napisać coś mądrego, czy przeczytać coś mądrzejszego, obejrzeć coś inspirującego, posłuchać czegoś… W idealnym świecie nie istniałaby pustka, a moje zwerbalizowane myśli trafiałyby do tych, którzy byliby nimi zainteresowani – zawsze i wszędzie, wedle toku myślenia i powagi słów. Ale świat nie jest idealny. Nie szkodzi! Należy trzymać się realizmu… wirtualnego realizmu i wyobrażeniowego echa zwrotnego sprzężenia wysyłanych sygnałów. Tak, siódmego dnia od powołania idealnego świata, odkryłbym, że nie jestem szczęśliwy i w akcie rozpaczy zaległ na kanapie z pilotem od telewizora w ręku, podanym przez nieistniejącego lokaja.