O religii

Świadkowie Johowy jakoś się w ostatnim czasie… rozbisurmanili! To tylko potwierdza mądrość przysłowia: Daj komuś palec, a… Zaczęło się całkiem niewinnie: Pewnego sobotniego przedpołudnia zadzwonił domofon. Przemiły głos, przedstawiwszy się z imienia i nazwiska, zapytał, czy może wrzucić do mojej skrzynki na listy ulotkę, na temat religii, wiary i zbawienia? Człowiek po drugiej stronie furty, był uprzejmy, budzący sympatię. „Tak, jasne, czemu nie?” – rzuciłem. Przecież i tak nie uczyni mnie to konwertytą i koniec końców, znajdzie się w śmieciach. To był ten pierwszy raz. Z czasem Świadkowie przestali pytać o pozwolenie, zaczęli też coraz częściej i śmielej wydzwaniać z rożnymi pytania, na które mniej lub bardziej grzecznie odpowiadałem; np. gdy jakaś – wnioskuję po głosie – trzynastolatka, z pewną powagą spytała mnie, czy wierzę bardziej w N I E P O T W I E R D Z O N Ą T E O R I Ę ewolucji, czy f a k t, iż stworzeni zostaliśmy przez Boga?, odparłem: A czemu pani bardziej wierzy, rozumowi, czy przesądom? (tych mniej grzecznych odpowiedzi, nie będę przytaczał). Jehowi zaczęli nachodzić nas więc z systematycznością co druga sobota i każda pierwsza niedziela miesiąca, przedpołudniem. Jeśli o mnie chodzi, strategię obrali jednak marną! Nie przysyłajcie mi brzmiących jak nastolatki dziewczynek, starych bab parami, czy ojca z dorosłym już synem (a obaj odziani, jakby z pogrzebu wracali). Chcecie pozyskać choć na chwilę moją uwagę? Przyślijcie mi jakąś fajną trzydziestkę! Niech H&M’s będą w przedszkolu, a żona na uczeni, niech będzie nieznośny upał, niech trzydziestka poprosi o możliwość wzięcia prysznica i niech – jak to w takich wypadkach bywa – w łazience nie będzie akurat żadnego ręcznika, więc będę musiał go jej donieść i… i niech ona będzie wdzięczna mi za to (o, Panie!). Wdzięczna, jakby natchnął ją sam Duch Święty (czy Jehowi w ogóle wierzą w jedność Trójcy? Nawet nie wiem, nigdy nie udało mi się z nimi pogadać na dobrą sprawę o religii, zawsze jakoś tak zaczynają na dzień dobry od dygresji) i wtedy zobaczymy czy człowiekowi bliżej do mizernych świętych i umartwionych cierpiętników, czy raczej do małp bonobo! Oczywiście poradziłem to któregoś razu przez domofon, jednemu z tych akwizytorów dobrej nowiny. Na moje nieszczęście żart się nie udał, gdyż był to akurat jakiś trzydziestoletni, wraz z żoną i mocno nieletnim synem. Trochę mi głupio było, że go tak spławiłem na oczach rodziny, bo w końcu człowiek ten nie uczynił mi żadnej krzywdy, poza tym był po prostu istotą ludzką, a więc z definicji i wszech miar zasługującą na szacunek…. tyle teoria! Świadkowie Jehowy dzwonią jednak nadal. Myślałem parę razy nad rozwiązaniem tego problemu. Najbliżej znalezienia wyjścia byłem, dowiedziawszy się o planach Ministra Sprawiedliwości, by zasadę mój dom – moja twierdza wprowadzić w życie ustawą! Sprowadza się to mniej więcej do tego, że każdą osobę która naruszy mir domowy, w świetle prawa traktować można jak banitę w czasach zamierzchłych. Gdy tylko o tym usłyszałem, od razu naszła mnie myśl, że: „Taaak, w tym roku jednak chyba przyjmę KOLĘDĘ„, niemniej tą samą metodą mógłbym posłużyć się względem Świadków! Tylko, czy nie było by to w pewnym stopniu miłosierdzie? Świadkowie Jehowy to chyba – współcześnie – najbardziej wzgardzona grupa ever! Kominiarza na wiosnę wpuści każdy! Dobre wiemy, że to przebierańcy, handlujący kalendarzykami (wiemy, bo co jesień, uprzedza nas o tym nasz kominiarz!), ale jednak! Jehowych ludzie tępią niczym zarazę. Dobrze wiem, kiedy się zbliżają, bo sąsiad gromi ich z bezapelacyjną nienawiścią, gdy tylko choćby zbliżą się do jego drzwi. Fascynuje mnie wręcz, jak tzw. dobrzy chrześcijanie czy też Polacy-katolicy, co niedzielą proszący o odpuszczenie grzechów, potrafią poza niedzielą, z pełną determinacją czynić bliźniemu, co im samym niemiłe! Koniec końców, żaden z lokalnych dyskontów, delikatesów, czy marketów budowlanych, nie pytał mnie nigdy o pozwolenie, by wrzucać do mojej skrzynki swoje wydawnictwa promocyjne. W tych kategoriach traktuję też tą religijną akwizycję. Jehowi wciskają jednak dalej niebieski guzik na domofonie. Tak było nie dalej, jak wczoraj (w sobotnie przedpołudnie, oczywiście): Dzień dobry! Czy uważa pan, że człowiek powinien znać prawdę, absolutną prawdę, nawet gdy prawda ta, jest dla niego niewygodna? – A jak pan uważa? – Uważam, że tak, ale chciałbym poznać pana zdanie na ten temat. – A wie pan, co sądzę na temat takiego wydzwaniania na domofon, z takimi pytaniami? – Tak. Ale w takim razie przepraszam, że pana niepokoję. Czy mógłbym wrzucić do pana skrzynki na listy broszurę… – A czy pan wie, że ta broszura znajdzie się najprawdopodobniej w śmieciach, bez czytania? – Tak, wiem, że tak się może stać. – Więc jaki jest sens…? – Proszę pana, wiem że pan może nie przeczyta, że wyrzuci pan, ale jeśłi nie pan, to może ktoś inny, może nie na tej ulicy, może nawet nie w tym mieście, ale ktoś przeczyta! I to jest waśnie istotą naszej wiary. [- Dziękuję, ale nie skorzystam! Nie wierzę w żadne prawdy, które znajduje w skrzynce na listy, nawet rachunki za prąd co kwartał wydają mi się mocno przesadzone!] Poza pojawiającą się od czasu do czasu na YouTube’ie reklamą Grammarly, jest to chyba najlepszy komunikat marketingowy, z jakim spotkałem się od dobrych kilku miesięcy! Gdybym miał choćby jeden oddział takich ludzi – ludzi niezłomnie i bezgranicznie wierzących w głoszone treści, na rynku usług marketingowych nie miałbym konkurencji! Mógłbym nawet zapoczątkować własne wyznanie! Głosiłbym prawdy na temat dobra (przeze mnie pojmowanego, oczywiście!) i pławił się w bogactwie i uwielbieniu moich wyznawców! N I E S T E T Y! Bataliony religijnych akwizytorów zwiedzione zostały przez kogoś innego, może mądrzejszego, zapewne bardziej wiarygodnego i zdeterminowanego (a może: bardziej zdeterminowanego, przez co bardziej wiarygodnego?), więc nie pozostaje mi nic innego, jak odmawiać poznania prawdy przez domofon, co drugą sobotę i co czwartą, lub piątą niedzielę miesiąca. Szkoda! Po pierwsze: przydałaby mi się forsa (nie znowu tak dużo, wystarczyłoby na rozruch start-upu, który podkradłszy pomysł na aplikację Grammarly, rozwinąłby ją w języku ojczystym; ileż z tego byłoby miejsc pracy dla językoznawców, dziś pracujących w dyskontach, ileż prac zaliczeniowych, magisterek i doktoratów powstałoby dzięki temu, iluż światłych umysłów uwolniłbym, od problemów zawiłości leksykalno-gramatycznych? Tak, chyba jednak stałbym się po trochu antychrystem dla kanonicznie traktujących święte reguły języka polskiego filologów natywnych!), po drugie: Uwielbienie! Tego każdemu z nas potrzeba. Czy chwali nas szef, którym mimo wszystko pogardzamy, rodzice, żona (za wysprzątaną kuchnię, np.), czy ktokolwiek, nawet ktoś obcy: tym karmimy się na co dzień! W gruncie rzeczy Świadek Jehowy, ksiądz na ambonie, imam, czy rabin, stąd czepią swoją niepodważalną pewność o słuszności przez siebie głoszonego słowa. A czymże jest słowo? Czyż nie ciągiem słów układających się w zdanie, z pierwotnym znaczeniem, nie pozbawione jednak kontekstowej [re]interpretacji? Dla mnie [osobiście] jest strukturą – nabytą i wyuczoną. Dla mojej małżonki: psychiczną dyspozycją (jak my się w ogóle dogadujemy i – co ważniejsze – czy w ogóle [li tylko] jesteśmy w stanie się dogadać – nad tym nawet Chomsky straciłbym pewnie kilka bezsennych nocy!). Mam 34 lata, uroczą córkę i – pod pewnymi względami – genialnego syna i wierzę (tak, właśnie: wierzę), że po śmierci nie ma nic! I teraz proszę, przekonaj mnie do swojej wiary w zbawienie w sobotnie przedpołudnie przez domofon, lub w niedzielny poranek z ambony! Semantyka, głupcze!

Co, kiedy, jak? Czyli kilka słów o tym, jak pisać, kiedy znaleźć na to czas i o czym pisać.

Najistotniejsze jest narzędzie

Niestety musiałem pozbyć się swojego Maca, który w konfiguracji z 2012 roku, z czterema gigabajtami RAMu, po prostu już sobie nie radził. Wymiana na model z 2017 roku nie wchodziła w rachubę. Po pierwsze: ceny! Po drugie: fakt marnej specyfikacji za taką kwotę. Za nowego ultrabooka Della, działającego pod Dziesiątką, dałem pod pewnymi względami mniej, patrząc na stosunek ceny do specyfikacji. Ale tu zaczął się problem, ponieważ decydując się na ten krok, pozbawiłem się głównego narzędzia pracy: iA Writer’a.

Choć dobrze pamiętam te czasy, to jednak nie jestem w stanie ogarnąć, jak udało mi się napisać pół książki w Wordzie? A magisterkę, czy część doktoratu – teksty wielokrotnie bardziej złożone? Bez większego znaczenia, czy jest to wersja z 2007 czy 2016 roku, międzymordzie tej aplikacji przypomina raczej jarmarczny kramik – kolorowy, różnorodnie upstrzony, na pewno nie pomagający w pisaniu, gdy pozostaje się sam na sam z pustym arkuszem tekstowym i trzeba się z nim zmierzyć! Pozostałe edytory innych pakietów biurowych, wyglądają zresztą jeszcze gorzej – jakby żywcem przeniesione z epoki przed Windowsem XP. Skądinąd przeglądarkowy Word 365 nawet przy specyfikacji 8 giga RAMu, dysku SSD i procesorze szóstej generacji i5 od Intela, działa czasem jakby w bullet time’ie, a z kolei niezbędna w pisaniu korekta w Googole Docs, częściej mylnie podkreśla wyrazy w języku polskim, niż wyłapuje błędy, a działanie auto zapisu pozostawia wiele, wiele do życzenia.

Moja pierwsza próba napisania czegokolwiek na nowym, 13,3 calowym ekranie w rozdzielczości Ultra HD, zakończyła się bólem głowy. Druga, za dnia, bólem głowy i oczu, bo gapienie w matrycę pokrytą szkłem Gorilla, przy rozdzielczości 4K, w słoneczny dzień na zewnątrz, przypomina drugą najgłupszą czynność, na którą można się porwać, poza patrzeniem prosto w słońce!

Koniec końców uporałem się jakoś z tymi niedogodnościami: przywykłem do matrycy typu glare, rozdzielczość UHD porzuciłem na rzecz FHD, a w słonecznie dni zacząłem rozkoszować się pogodą i oddawać życiu rodzinnemu, zamiast ślęczeć nad klawiaturą. Problemu braku odpowiedniego edytora tekstu jednak nie potrafiłem ot tak po prostu rozwiązać.

Postanowiłem być mądrym doświadczeniem innych – zacząłem wypytywać wśród znajomych, kolegów od pióra, a nawet redaktorów czy dziennikarzy, z którymi zetknąłem się w tym czasie zawodowo. I tu pierwsze zdziwienie: 90% z nich korzysta z Worda. Mało tego, wśród osób które do pracy wykorzystywały produkty od Appla, tylko jedna osoba z 6 czy 7, NIE korzystała z edytora Microsoftu! Pytani dlaczego, w większości użytkownicy Worda wymieniali jego wielofunkcyjność i … powszechność formatów. I o ile jeszcze popularność .docx’a jestem w stanie zrozumieć jako argument, to funkcjonalność…? Program ten oczywiście zawiera wiele funkcji, naprawdę wiele… wiele, wiele… wiele za wiele, z czego może 10% wykorzystywanych jest przez przeciętnych użytkowników (czyt. znajduje w toku pracy zastosowanie). I jeśli o mnie chodzi, edytor z pakietu Office P R Z E Ł A D O W A N Y jest funkcjami i funkcyjkami jak na zwyczajny edytor, natomiast brakuje mu kilku, jeśli nie kilkunastu tych przydatnych np. przy składaniu tekstu.

Koniec końców, research wśród znajomych utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że najlepsze narzędzia to takie, które dobieramy sobie sami i przy których wyborze kierujemy się tylko i wyłącznie względami praktyczności i przydatności, a nie modą, opinią, powszechnością,czy wręcz przeciwnie: elitaryzmem rozwiązań! W tym celu postanowiłem zrobić dogłębne badanie rynku. Ostatecznie stanęło na kilku rozwiązaniach:

1. Calmly Writer,
2. Draft (niestety, jest tylko wersja online),
3. Write!,
4. Typora*
5. ghostwriter (Open Source),
6. Moeditor (Open Source),
7. Writebox (tylko wersja online),
8. FocusWriter,
9. Classeur.

*) nie obsługuje języka polskiego!

Testowanie polegało głownie na sprawdzeniu: możliwości edytorskich programu, jego funkcjonalności, niezawodności, łatwości w dostępie i integracji z innymi rozwiązaniami, jak również i wygody pracy i przejrzystości interface’u.

Ostatecznie wybrałem jako najciekawsze rozwiązania zarówno Calmly Write, jak i Write!, jednak że ich funkcję nie różnią się znowuż tak bardzo, a cena obu zdecydowanie (bo stosunkiem 1:10), niniejszy tekst klepię właśnie w tym edytorze markdown.

Poza wyżej wspomnianymi, programem z którego korzystam również od czasu do czasu, jest przeglądarkowy Draft, którego minimalizm i dostępność, jak i wielokrotnie przetestowana funkcja auto zapisu, do tak zwanej kropki, sprawdzają się w warunkach bojowych i w potrzebie szybkiego dostępu. Natomiast zarówno ghostwwriter’owi i Moedytor’owi, będę się przyglądał, bo są do dość ciekawe (pre)bety dobrze zapowiadających się rozwiązań, podobnie jak Classeur, na którego wersję desktopową czekam.

Oczywiście na co dzień brakuje mi (a czasem brakuje bardzo) iA Writera, jednak z czasem udało mi się przywyknąć do innego edytora. I kto wie, skoro niedawno doczekaliśmy się wersji tego macowskiego edytora na Androida, to może platforma Windowsa też kiedyś się doczeka? Na pewno tego właśnie rozwiązania pod oknem brakuje!

To oczywiście załatwia tylko kwestię narzędzia, która jest ważną, ale nie jedyną. Inną zupełnie kwestią jest:

Czas

Ludzie często narzekają, że „nie mają czasu” lub że mają go „mało”. Wszystko jest oczywiście względne, ale też zależy od nas samych, a dokładniej mówiąc: od nasze organizacji czasu i jego zarządzania.

Przez bardzo długi okres, mimo szczerych chęci, nie miałem czasu na pisanie. Jako ojciec (jeszcze wtedy tylko) dwulatki, pracujący na ośmiogodzinnym etacie, mąż swojej doktoryzującej się żony, najzwyczajniej nie znajdywałem w ciągu dnia czasu na to, by zasiąść przed klawiaturą i ekranem i napisać COŚ. I bez względu na to, czy był to poniedziałek, czwartek czy weekend , codzienne obowiązki i tak zwana rutyna dnia, skutecznie uniemożliwiały mi pisanie.

[Nie zarzuciłem tego całkowicie. Pisałem w głowie. Problem z taką metodą polega jednak na tym, że po pierwsze część pomysłów jeśli nie dość dobrze spisana (choćby odręcznie) – ulatuje, po drugie: koniec końców zostaje się z plikiem notatek, szkiców i konspektów, z których tylko część jest po czasie zrozumiała i w miarę czytelna, a i tak wymagają one nakładu pracy redakcyjno-edytorskiej, na którą nie ma czasu.]

Oczywiście wszystko to było wierutną bzdurą! Niczym więcej, niż prostym usprawiedliwianiem przed sobą własnego lenistwa iście transcendentną niemożliwością nie do pokonania! I pewnie gdyby nie wydarzenie pewnej nocy i w następstwie nastęnego poranka kilkanaście dni później i rzucone mimochodem stwierdzenie mojej małżonki, nadal tkwiłbym w tym usprawiedliwianiu braku czasu brakiem czasu.

W wieczór po radosnym, porannym zwiastowaniu, kiedy to trzej królowie dostarczyli mojej żonie test ciążowy z dwoma czerwonymi kreseczkami, moja małżonka – już pogodzona z faktem, że oto po raz drugi przyjdzie jej przeżyć cudowną agonię porodu – stwierdziła, że „teraz to dopiero będziemy narzekać na brak czasu!”. Miała oczywiście na myśli tak swój doktorat, czas przeznaczony dla nas dwojga, jak i nasze zaniedbane ostatnimi czasy kontakty towarzyskie ze znajomymi, ale ja odniosłem to również i do swojej osoby. „Bo jeśli teraz, przy jednym dziecko, brak mi czasu, to przy dwóch…„ – rozmyślałem.

Akurat w tym samym czasie L. skończył pracę redakcyjną nad swoją nową książką. Był dość zadowolony, że oto zyskał trochę więcej czasu na swój doktorat i… pisanie drugiej książki, którą miał skończyć przed końcem roku (czyli za bez mała trzy miesiące!). Słuchając takich wynurzeń, naprawdę ciężko jest nie pomyśleć czegoś nienawistnego o bliźnim, zwłaszcza że samemu zmagałem się z odwiecznym triumwiratem: Nie mam**jak, ~~nie mam czego~~i nie mam kiedy**! I tylko już to ostatnie było dla mnie trudnością, jak się wydawało, samą w sobie nie do przezwyciężenia.

L. z początku nie rozumiał mojego pytania: Kiedy masz czas na pisanie? W końcu jednak zdobył się na odpowiedź: wieczorami! Z miejsca zacząłem porównywać naszą sytuację. L., tak jak i ja, poza ośmiogodzinnym kieratem (który w jego przypadku był czasem i 10-godzinny!), był mężem swojej realizującej się naukowo żony i ojcem absorbującego dwulatka. To co nas zdecydowanie odróżniało to to, co pisaliśmy. L., poza swoim doktoratem i związanymi z tokiem studiów artykułami do punktowanych wydawnictw naukowych, pisał recenzje innych publikacji, artykuły popularyzatorskie oraz opracowania historyczne. Jego praca składała się więc nie tylko z pisania samego w sobie, ale przede wszystkim z szeroko rozumianego researchu, kwerend naukowych, gromadzenia materiałów, ich analizy oraz interpretacji faktów, które z nich wynikały. Zapytany ponownie, kiedy znajduje na to czas, znów udzielił mi tej samej odpowiedzi.

Podobnie jak i moja, doba L. liczy ni mniej, ni więcej jak dwadzieścia cztery godziny. Mniej więcej witaliśmy więc dzień o tej samej porze i mniej więcej w tych samych godzinach kończyliśmy go. Pomijając nasze codzienne zmagania jako ogniwa w łańcuchu produkcyjno-ekonomicznym, oraz zaabsorbowanie sprawami rodzinnymi, czas w którym L. mógł poświęcić się pisaniu, zamykał się w czterogodzinnym przedziale między 21 a 1 w nocy. I znów nasze doświadczenia były tożsame. To co nas jednak odróżniało, zamykało się w jednym li tylko słowie P R I O R Y T E T Y Z A C J A.

Priorytety mieliśmy zdecydowanie inne. W gruncie rzeczy czas, który L. poświęcał co wieczór na analizę i interpretację, wnioskowanie i zmagania z materią słowną, u mnie rozbijał się o dziesiątki nieistotnych, a przede wszystkim niezwiązanych z pisaniem czynności. Maile, portale społecznościowe, zakupy książek i płyt, lektura, czy – najczęściej – nałogi, wypełniały każdy mój wieczór. I chyba tu zasadza się istota problemu:

[Od razu śpieszę wyjaśnić: nałogi pisaniu nie szkodzą, a przerwa na papierosa, w trakcie której zbiera się myśli, czy układa kolejne zdanie, jak również szklanka czegoś mocniejszego dla poluzowania zbyt zaciśniętych zwojów mózgowych, pisaniu nie wchodzą w paradę, a nawet czasem jak najbardziej pomagają!]

Determinacja w dążeniu do celu, ale i ustalenie sobie odpowiednich priorytetów jest kluczem do sukcesu.

Samo ustalenie priorytetów jest niczym innym, jak R E Z Y G N A C J Ą z wielu pomniejszych, rozpraszających uwagę czynności. Ot, głupie odłożenie na chwilę telefonu lub nie włączenie przeglądarki internetowej, może skutecznie podnieść naszą produktywność pisarską.

I w zasadzie tyle – w zasadzie jest to takie proste!

Oczywiście ta rezygnacja z nie musi być ani ostateczną, ani nie musi oznaczać faktycznego zaniechania tych czynności, które w jakiś sposób sprawiały nam do tej pory frajdę, czy były nam wręcz nieodzowne. Z czasem odkryłem, że włączenie tylko edytora tekstu w wieczór, który zaplanowałem sobie jako wieczór na pisanie, powoduje że skupiam się jedynie na samym procesie i tekście. Nie rozpraszając się innymi czynnościami, w dość krótkim czasie nauczyłem się od nowa systematycznego pisania.

Same sesje z edytorem z początku ustaliłem na trzy tygodniowo. Z czasem musiałem jednak poddać pewnej weryfikacji owe założenie. Są wieczory, kiedy pisanie idzie świetnie, rewelacyjnie wręcz i aż zarywa się z tego powodu noc (a następnego dnia zdecydowanie się tego żałuje), czasem aż żal przerywać. Innymi razy… nie idzie. Nie idzie i już! W takich razach zdecydowanie wolę odłożyć pisanie na później, wziąć się za sprawy zaległe lub odprężyć nad lekturą. Jest to oczywiście kwestia indywidualna, ale ostatecznie w moim wypadku czasem bywa tak, że pomimo szczerych chęci długo, długo nic (dni, czasem nawet i dwa tygodnie zupełnie bezpłodne) i nagle…! A wtedy już wieczór w wieczór, zarywając noce, czasem nawet poniechawszy nałogów, z pełną pasją, przyjemnością i zawziętością stukam w klawiaturę.

Takie rozwiązanie jest oczywiście dobre (czy wręcz idealne), kiedy wie się o czym pisać.

Owe „co”

Nigdy nie miałem większych trudności z pisaniem. Nie mam tu na myśli bynajmniej potyczek z zawiłościami języka polskiego, czy stylu, z którym ani się urodziłem, a ni się go wyumiłem. To są raczej kwestie wprawy, ćwiczenia i nabytej praktyki. Mając na myśli pisanie, chodzi mi o komunikat, a raczej to, co tym komunikatem chcemy/mamy przekazać. Czy podejmując jakiekolwiek próby literackie, pisząc teksty z aspiracjami naukowymi, czy prowadząc formalną, instytucjonalną korespondencję lub pisząc opracowania i siejąc korporacyjną propagandę, zawsze zanim włączę edytor tekstu, układam sobie w głowie to co za chwilę napiszę.

W przypadku korespondencji jest to rzecz prosta. Formułując na piśmie swoją prośbę lub odpowiadając z urzędu na pytanie, zazwyczaj wie się co napisać i jaki efekt osiągnąć. Reszta jest już kwestią stylu: suchego-urzędowego, precyzyjnego lub bardziej kwiecistego, poprzedzonego grzecznościowym zwrotem: Szanowny Panie dyrektorze departamentu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego…, czy inna ważna persono, od której zależy pomyślne załatwienie tej sprawy, a przez to moja miernie opłacana posada, której i tak zbytnio nie lubię.

W przypadku tekstów naukowych bywa różnie. Raz, że zazwyczaj takie pisanie nie może odbyć się bez pewnej terminologii, dwa: samo formułowanie myśli zakłada pewną strategię, która czasem przypomina matematyczne równanie: jeśli a to b, które równają się c, gdzie a oznacza… i tak dalej. Niestety, obserwując zmagania mojej małżonki z licencjatami i magisterkami, dochodzę do smutnych wniosków, że to właśnie na kierunkach humanistycznych, nikt nie kładzie nacisku na uczenie studentów jak formułować myśli i budować przekaz tak, by był on spójny, logiczny i zrozumiały.

Pisanie tekstów artystycznych czy nawet zwyczajne opowiadanie pewnej historii na blogu, zakłada użycie innej formy. Nie jest ona osadzona w tak sztywnych ramach jak formalne pytanie / odpowiedź w korespondencji, czy komunikat prasowy / materiał PRowy. Tu pole do popisu jest zdecydowanie większe i zależy jedynie od inwencji i umiejętności piszącego. Strategia budowania komunikatu (bo wszak tym jest każdy tekst – komunikatem), zakłada w tym wypadku szersze* nakreślenie kompetencji swojego odbiory, lub wyposażenia go w owe w toku narracji czy opisu. Sztandarowym tekstem dla mnie osobiście jest tu „Czytelnik modelowy” Umberto Eco, tekst, który podobnie jak prace Ingardena i Jacobsona, wyjaśnia nie do końca oczywiste kwestie typu: Co to jest komunikat?, Kiedy zachodzi sytuacji komunikacyjna? Jak buduje się strategię tekstu? i rodzące to konsekwencje [dla formy].

[Tak, przyznaję się: jestem strukturalistą! Strukturalistą, który dzieli loże małżeńskie z kognitywistką i zna teoretyczne prace z zakresu kognitywistyki, jak i psychoanalizy w wykonaniu Lacana. To jednak chyba za mało bym stał się językoznawczym konwertytą!].

*) Zakładam, że szersze, ponieważ w innych wypadkach, czy to w sytuacji pytania do wyższej instancji, czy odpowiedzi na pytanie, czy budowania tekstu prasowego, pewien zakres wiedzy adresata naszego komunikatu, można z góry założyć.

Pewne nie oczywistości, które mogą pojawić się w tekście i zbić z tropu czytelnika, jeśli nie dość wyjaśnione, bezwzględnie należny wyeliminować! Można to uczynić poprzez opis, narrację (personalną i auktorialną) lub nawet w toku dialogów bohaterów. Opisy powinny być zwięzłe, rzeczowe, skupione na charakterystycznych elementach. Postaci i tak nie da się opisać całościowo, a wyobrażenia czytelnicze na temat, dajmy na to, barwy nieba w czerwcowy wieczór po burzy, choćby nawet najwierniejsze, mogą i tak rozminąć się z wrażeniem, jakie wywrzemy na czytelniku (gdyż ten przeżył taki widok i ów, raz dany, zapadł w jego pamięci) – na szczęście bez szkody dla toku opowiadania / powieści.

To oczywiście podstawy. Podstawy, które zakładają, że autor wie co napisać i jedyne trudności, jakie napotyka, to odwieczne zmaganie z formą.

Kwestia o czym pisać, nigdy nie stanowiła dla mnie głębszego zagadnienia. Jeśli miałem coś do powiedzenia, przelewałem to na papier, jeśli nie… cóż, życie jest na tyle skomplikowane i ciekawe zarazem, że lepiej rzucić się w jego wir, niż gapić się w pusty arkusz edytora tekstu. I kto wie, może takie rzucenie się w codzienność, nieoczekiwanie przyniesie temat do literackich / blogerskich wynurzeń? Nie musie być to zaraz coś wielkiego! Czasem z najtrywialniejszych sytuacji dnia powszedniego, wycisnąć można całkiem zgrabne opowiadanie. Antoni Czechow nam świadkiem!

Skądinąd, kilka lat temu wziąłem udział w kilku wykładach z zakresu creative writingu. Nagabywany parokrotnie przez znajomą, która na poziomie akademickim starała się przekazać tajemną wiedzę na temat kreatywnego pisania, uzyskałem trochę szerszą perspektywę na temat tego, o czym można pisać.

Na kursach takich uczą przede wszystkim by pisać. Zawsze, wszędzie, na przekór losowi i – najczęściej – samemu sobie, a jednak pisać. Pominę w tym miejscu całą metodologię, naukę umiejętności edytorski, możliwości stosowania rożnych strategi budowania narracji, kreacji postaci, prowadzenia opisu etc. etc.. Tego wszystkiego można faktycznie nauczyć się na przyśpieszonym kursie, jak również i samemu, podczas uważnej lektury klasyków literatury (w tym klasyków współczesnych).

Podstawową zasadą, której uczą na kursach kreatywnego pisania jest więc upór. Poprzez systematyczne pisanie (choćby o tym, że nie ma się o czym pisać), można wyrobić sobie dodatkowo styl – własny, indywidualny i niepowtarzalny [tak, wiem, że jest to tautologia!]. Pisanie na siłę, choć nigdy nie było moją domeną, rozumiem jako wyrobienie w sobie pewnej kreatywności. Z dostępnych tematów, lub pisząc na zadany temat (jak to często na takich kursach bywa), wycisnąć trzeba to, co nieoczywiste i opisać to tak, by stało się zrozumiałym dla naszego odbiorcy i jeszcze go zaciekawiło. Lub inaczej: pisać o tym, co jest jak najbardziej oczywiste, ale napisać o tym tak, by odbiorca na chwilę zapomniał o swoich doświadczeniach i poddał się naszej narracji, czyli dał się zaciekawić.

Z zadanych na kursie tematów pamiętam, np.:

1. Mój pierwszy dzień w
2. Mój najstraszniejszy sen,
3. [opis] Najbliższy mi członek rodziny,
4. Przedmiotowy opis mojego pokoju,
5. Co mnie najbardziej smuci i dlaczego?

Tematów było wiele, ale w każdy z nich dostrzec można było jedno: wysuwający się na pierwszy plan emocjonalny stosunek narratora do opisywanego przedmiotu / podmiotu. Z dość trywialnego opisu pokoju, wycisnąć można najbardziej ciekawą historię, np. rodzinną skupiając się na jakimś meblu, opowiadając o jego znaczeniu poprzez osobę, która była z nim związana. Kreatywność w tym wypadku polega na niesztampowym prowadzeniu opowieści tak, by opis osoby ujawnił nasz stosunek do niej i emocje z tym związane. Można też inaczej: Opisując na zimno jakąś tragedię, traumę czy inne wzbudzające silne emocje zdarzenie, można zachować zimny, rzeczowy dystans i w ten sposób ukazać stosunek postaci do…. Czyż nie tak zbudowany jest Obcy Alberta Camus’a, czy Poszerzenie pola walki Houellebecq’a?

Samo zagadnienie o czym pisać, jest więc wtórne, ponieważ najważniejszy jest pomysł, jak owe co wyrazić i w jaką formę ubrać. Koniec końców, historie które czytamy w literaturze, są trywialnie proste i streścić można je zazwyczaj w jednym zdaniu. O czym jest Odyseja? O przeciągającym się powrocie do domu. O tym samym jest zresztą Moskwa Pietruszki Jerofiejewa. A Edyp? Czyżby o niemożliwości uniknięcie swojego losu? Coś jakby Syreny z Tytana Vonneguta, nieprawdaż? Historie te są zazwyczaj proste, jeśli sprowadzić je do generalnego zamysłu. Ale właśnie, skoro daną historię można opowiedzieć w jednym zdaniu, to nie jest ona chyba warta przytaczania, prawda? Chodzi o tą komplikację, tę cała nadbudowę treści i znaczeń, sposób ich ujęcia, który przysłania nam fakt, że Zbrodnia i kara jest powieścią o odchodzeniu (sic!) od szaleństwa , podczas gdy Lochy Watykanu o dochodzeniu do szaleństwa; brnąc przez kolejne strony powieści Dostojewskiego, śledzimy kolejne etapy przemiany, która następuje w Rodionie Romanowyczu, zapominając na chwilę, że cała Zbrodnia i kara sprowadza się do uznania własnej winy przez Raskolnikowa i przyznania się przed samym sobą do błędu! – a cała reszta jest literacką nadbudową.

Oczywiste łatwo napisać (czyt. powiedzieć), ale trudniej wykonać. I tak zaiste jest! Z drugiej strony, jeśli wykazać się odrobiną kreatywności, trywialny opis mebla może zawierać głębszą treść! Da przykładu, jeśli obejrzę się teraz na lewo, mój wzrok padnie na stojące pod ścianą witryny z książkami. Dokonując ich opisu, mógłbym oczywiście poprzestać na podaniu ich gabarytów, na kolorze drewna, liczbie półek, a nawet, wymienić alfabetycznie wszystkich autorów tomów, które w owych witrynach się znajdują. Ale do tego nie trzeba mieć kompetencji pisarskich! Tu wystarczyłby zwykły urzędnik-inwentaryzator. Więc patrząc na te meble, skupiłbym się raczej na historii ich wędrówki z mojego starego pokoju, w domu rodziców, na nowe, własne mieszkanie. Jak dziś pamiętam, że w wieczór poprzedzający przeprowadzkę mebli i książek, miałem firmową integrację, która odbywała się w kręgielni-pubie, zaledwie kilkadziesiąt kroków od wynajmowanego przeze mnie mieszkania. I to mnie zgubiło! Miałem wrócić do domu o 23, ale że dom był blisko, podróż wydawała się krótka, a integracja przebiegała całkiem pomyślnie… wróciłem do domu o 2. Marta strasznie wkurzyła się na mnie, ale nie zrobiła mi z tego powodu awantury, o nie! O 5:30, obudziła mnie gorącym kubkiem kawy i poprosiła, by wstał, bo firma przeprowadzkowa ma być w domu moich rodziców o 10 rano, musimy jeszcze tam zajechać i spakować książki, a moja małżonka, będąca już wtedy w ciąży, nie czuła się na siłach, by prowadzić, więc czekała nas godzinna podróż tramwajem. Kaca miałem przemożnego. Tramwaj był przepełniony, śmierdział, był stary, rozklekotany, rzucało nim na wszystkie strony, a że była zima, nie odważyłem się otworzyć okna. W domu moich rodziców, gdy stanąłem przed stertą kartonów do złożenia i trzem wypełnionymi książkami witrynami, moja małżonka oświadczyła, że idzie usiąść w pokoju z moją mamą, bo zmęczyła się podróżą, a ja… ja powinienem wziąć się do pracy, bo tragarze będą lada-moment. Rzucając pod nosem mięsem, zlany zimnym potem, nie mogąc odczytać nawet tytułów na grzbietach kolejnych tomów, gdyż wzrok mącił mi się od mdłości i z bólu, ukończyłem pakowanie książek akurat w chwili, gdy w domu zjawili się tragarze. Pamiętam, że stojąc w otwartym oknie i ćmiąc papierosa, patrzyłem jak spinają kartony pasami, jak sapią i czerwienieją na twarzach dźwigając moje zapakowane książki. I choć panowie nie byli ułomkami, to sami stwierdzili w połowie noszenia, że to ponad ich siły i potrzebują przerwy. Ja też marzyłem tylko o tym, by się gdzieś na chwilę położyć. Ale gdzie tam! Po zapakowaniu wszystkiego, co miałem zabrać od rodziców, musiałem jechać z tragarzami na nowe mieszkanie. I gdy wreszcie wszystko zostało wniesione, odpakowane z folii bąbelkowych i kartonów, poustawiane w miarę na swoich miejscach, gdy pakowałem książki z powrotem do witryn, starając się odtworzyć ich wcześniejsze położenie, moja małżonka zerwała się nagle z kanapy i ruszając mi z pomocą, oświadczyła, że nie może już patrzyć jak się męczę, żebym usiadł i odpoczął, że już koniec kary i że ma nadzieje, że dostałem swoją nauczkę.
A przecież to tylko witryny z książkami! A stół? Ten nieopodal, po drugiej stronie korytarza, stojący pod ścianą w aneksie kuchennym. Ot, ma cztery nogi, mieści sześć osób, a jak go rozłożyć to nawet trochę więcej! Ale kogo obchodzi z jakiego drewna jest zrobiony i jaki kolor ma polakierowane na nim bejca?  A stół ten kojarzy mi się jakoś smutno. To właśnie przy nim po raz ostatni widziałem swoją babcię. Wtedy nie wiedziałem, że to nasze ostatnie spotkanie. Byłem jakiś rozdrażniony, niepocieszony z powodu tej wizyty. Była planowana, ale mi się spieszyło do pubu na mecz. A babcia? Miała już ponad osiemdziesiąt pięć lat, problemy z tarczycą, przez co była powolna, trzeba było jej dwa razy powtarzać odpowiedzi na jej własne pytania, a mi się śpieszyło. Byłem więc małomówny, poddenerwowany, opryskliwy nawet. A moja babcia wodziła smutnym wzrokiem nad stołem i już prawie nic się nie odzywała, czekając tylko, kiedy moi rodzice wstaną od stołu i pożegnawszy się ze mną i Martą, odwiozą ją do domu. Ja również na to tyko czekałem i tyko to się dla mnie wtedy liczyło! W dwa miesiące później babcia trafiła do szpitala. Zmarła nagle w ciągu kilku dni. Nie miałem nawet okazji jej odwiedzić, będąc wtedy w delegacji. Nie przegnałem się więc z nią, a ostatni jej obraz który utkwił w mojej pamięci, to ten jak wodzi smutno wzrokiem po zebranych przy tym stole osobach. Strasznie mi głupio, że nigdy nie miałem okazji przeprosić jej za tamto zachowanie.

Ot i cała tajemnica.

Byłem dość sceptycznie nastawiony, jeśli chodzi o kursy kreatywnego pisania. Mój stosunek po kilku zajęciach nie zmienił się zresztą znacząco. Podstawowym problem na takich kursach są sami jego uczestnicy. Wielu osobom wydaje się, że po ukończeniu takiego kursu, będą umieli pisać. Nic bardziej błędnego! Jeśli będą mieli szczęście i trafią na odpowiedniego wykładowcę, nauczą się jak prowadzić opis – osoby, przedmiotu, miejsca, jak poprawnie rozpisać dialogi czy prowadzić narrację (i jakiego typu), a także podstaw edycji, redakcji. Na kursie być może nauczą się też, jak k r e a t y w n i e podejść do zadanego tematu i stworzyć coś niesztampowego. Być może nauczą się też systematyki, wyrobią w sobie dobre nawyki stylistyczne i warsztatowe. Ale nikt nie nauczy ich pisać! i jeśli jest ktoś, kto prowadzi takie kursy i przekonuje jednocześnie, że oto właśnie on/ona nauczy was pisać – nie wierzcie mu. Jest to zwykły kłamca i hochsztapler.

PS.

Mając odpowiednie narzędzia, dysponując czasem i wiedząc, co chce się przekazać, nie można nie stworzyć literackiego arcydzieła, nieprawdaż? A jednak!

Podstawowym błędem wielu ludzi, którzy mają literackie aspiracje, ale jakoś im nie idzie, jest zaniedbywanie pracy teoretycznej (to samo widzę u moich kolegów, młodych naukowców)! I nie mam tu na myśli akademickich podręczników z dziedziny zarówno historii jak i teorii literatury! Wielokrotnie przyszło mi już parskać śmiechem, na stwierdzenie: „No tak, ale ty jesteś filologiem, dlatego masz łatwość pisania”. Otóż pięć lat studiów filologicznych, specjalizacja językoznawcza i dalsze aspiracje naukowe, nauczyły mnie, owszem, pisać: prace zaliczeniowe, prace semestralne, pracę magisterską, artykuły [quasi]naukowe i rozprawę doktorską (tą ostatnią jednak ostatecznie niezweryfikowaną więc tego pewien nie jestem). Studia filologiczne nie uczą pisania i to nie tylko ja miałem takiego pecha! Słuchając na głos odczytywanych mi przez małżonkę fragmentów prac licencjackich i, o zgrozo!, magisterskich, stwierdzam, że to ogólne niedopatrzenie systemowe!

Lem, poza tym, że był fantastą, by też z wykształcenia fizykiem. Jego mistrzowskie opanowanie kilku stylów pisania i sprawne poruszanie się miedzy konwencjami, kazały takiemu Philipowi K. Dick’owi, a więc tuzie literatury fantastycznej, przypuszczać iż L.E.M. to nic innego jak komunistyczny spiek, w którym udział bierze szereg redaktorów i pisarzy z za żelaznej kurtyny, gdyż niemożliwe jest, by jeden człowiek pisał tak, jak pisał Stanisław Lem. A jednak!

Mając na myśli pracę teoretyczną mam więc na myśli nie akademickie przygotowane zdobyte bądź na uniwersytecie, lub samemu, ze skryptów i podręczników teoretyczno-literackich,a… lekturę! Nie można być dobrym pisarzem, nie będąc uważnym czytelnikiem. Nie można również pisać dobrze, czytają słabe, lub wręcz złe powieści. A ilość tandety, szmiry i grafomaństwa, która dostępna jest w księgarniach, jest przytłaczająca!
Jeszcze dekadę temu, niektóre polskie wydawnictwa, próbowały udostępniać czytelnikom klasykę. Teraz czynią to zaledwie trzy, z czego te ambitniejsze projekty, wydają się być od jakiegoś czasuzamrożone (jak seria 50 na 50 Znaku). Czytając więc rok-rocznie artykuły na temat tego, ile Polacy czytają, ogarnia mnie pusty śmiech! Pierwszy błąd metodologiczny tych badań, polega na braku skonkretyzowanego przedmiotu badania, bo co to jest książka? Mówimy o literaturze pięknej, czy też fachowej, o podręcznikach akademickich i szkolnych lekturach, a także poradnikach i książkach kucharskich? Drugi błąd to niedookreślony podmiot: Polacy, to znaczy K T O ? Mniejsza o ideologiczne spory, czy na przykład taki Mariusz Szczygieł, który nie chodzi do kościoła, nie ma żony i publicznie przyznaje się do oglądania pornografii, zasługuje na to miano! Ale czy badamy uczniów, którzy są niejako z o b o w i ą z a n i do czytania lektur i podręczników, takowoż studentów, czy adresujemy swoje pytanie: „Ile w ostatnim roku przeczytał pan / przeczytała pani książek?” tylko do ludzi, którzy sięgnęli po lekturę z własnej, nieprzymuszonej woli, a więc wykluczywszy tych wszystkich, którzy co pół roku muszą przeczytać nową wersję takiego a siakiego kodeksu, bo zmieniły się przepisy, księgowych, informatyków, i wszelkiej maści innych specjalistów, którzy MUSZĄ się dokształcać, więc czytać! Obawiam się, że gdyby tak postawić sprawę, prześcignęlibyśmy pewnie i Portugalię i Grecję, w których analfabetyzm jest nadal występującym problemem, a które zamykają ranking czytelnictwa w Unii Europejskiej (dane Eurostatu za 2013 rok).

Problem ilości, jest dla mnie mniej przytłaczający niż jakości lektury. A z tym jest całkiem fatalnie! Obserwuje z pewnym niesmakiem instagramowe przechwałki lekturowe! Z trwogą obserwowałem akcję „luty z Dostojewskim” i znajomą, panią „profesor” przygotowującą maturzystów do tegorocznej matury z języka polskiego, która poddała lekturę Idioty 28 lutego na 200 stronie, twierdząc, że jest dla niej za ciężka! Moja teściowa, która może pochwalić się tytułem profesorskim i która od 20 lat wykłada poetykę tekstów Nabokova, żeby wymienić tylko to, nie sięga po inne książki jak odmóżdżające obyczajówki, romanse lub – w najlepszym wypadku – współczesne kryminały. Moja promotor, językoznawczyni, z rozbrajającą szczerością powiedziała przy sadkach, że NIGDY nie czytała NIC Gombrowicza (a jest autor wpisany w kanon lektur obowiązkowych, zarówno w liceum jak i na studiach). I właściwie, wśród moich znajomych, mało jest osób które czytają klasykę. Zazwyczaj jest tak, że filolodzy polscy znają kanon literatury polskiej, rusycyści literatury rosyjskiej, a amerykaniści XIX i XX wieczną powieść angielską i amerykańską. Mało kto wychyną nosa poza swoją dziedzinę.

Zupełnie nie przekonują mnie tłumaczenia, że klasyka jest trudna, że czytanie Tołstoja, Balzaca, czy np. Braci Karamazow albo Procesu to poważna lektura, na którą po całym dniu nie ma się siły. Skoro jest to lektura poważna, na której trzeba się skupić, przez to jest trudna, to jak czyta się powieści takiego Coben’a, czy Hariss’a? Uznanie książki za trudną, tylko dlatego, że np. porusza kwestie moralne czy egzystencjalne, lub że została napisana 100 lat temu, to nieporozumienie. W życiu natknąłem się tyko na trzy książki, które czytało się trudno, bo wymagały maksymalnego skupienia na treści i pamięci absolutnej co do poprzednich wydarzeń zawartych w powieści O R A Z znajomości innych źródeł: Szatańskie wersety Rushdiego, oraz – sztampowo: Ulisses i Tren Finneganów Joyca. Wszystkie trzy przeczytałem z własnej i nieprzymuszonej woli (Ulissesa wręcz dwa razy w życiu). I trochę jest tak, że winę za naszą, społeczną niechęć do klasyki, ponosi… szkoła! Tak jest, literackie majstersztyki, absolutną klasykę klasyki w postaci homeryckich eposów serwuje się 14-15 latka, do analizy i interpretacji, przymusza do lektury… cóż, nie dziwię się, że może to wywołać traumą! We mnie wzbudziło to niechęć do antyku na wiele, wiele lat! Niestety, przyglądając się propozycjom programowym nowej-starej, zreformowanej-odreformowanej szkoły, odnoszę wrażenie, że będzie jeszcze gorzej! Dziady i Guslarz, za Orszulką próżny żal oraz sienkiewiczowska blaga o szlachcicu bitnym i odważnym, o złych Niemcach, Szwedach, Ruskach, Ukraińcach i Turkach… winkelriedyzm i mesjanizm oraz Chłopcy z placu broni i encykliki! I trochę nie mogę się oprzeć, by produkcyjnego efektu takiego systemu edukacji (bo jest i będzie to fabryka), nie porównać do klipu Another brick in the wall, gdzie maszerują zastępy młotków… w tym wypadku kato-młotków, przekonanych o wyższości swojego umęczonego Narodu nad innymi!

Nie da się dobrze pisać, nie znając klasyki literatury. Opisu, narracji, psychologii postaci uczymy się od XIX i XX wiecznych klasyków! Tertium non datur!

Swoje pierwsze próby literackie podjąłem w połowie 1999 roku, mając szesnaście lat. Nie pamiętam od czego zaczęło się dokładnie, co było przyczyna, że oto postanowiłem pisać… i mniejsza o to! Niemniej pisałem i muszę przyznać, że dość zawzięcie. Ale co to były za teksty! Kilka lat temu, postanowiłem uratować coś niecoś z tego, ale szybko okazało się, że praca na tymi tekstami zdecydowanie wykracz poza samą edycję i redakcję. Rozwleczone od niemożliwości opisy, nienaturalne dialogi, fabuła (jeśli była!) miałka, często z niejasnymi wątkami, bądź urywana, szarpana i pełna niekonsekwencji. No i błędy! Redakcyjne, gramatyczne, interpunkcyjne, stylistyczne (ortograficznych na szczęście nie było za wiele, za co wdzięczny mogę pozostać jedynie edycji MS Worda z 1997 roku!). A przede wszystkim było to nudne! Zasiadając przed ekranem monitora często nie wiedział co chcę tak naprawdę wyrazić, nie bardzo wiedziałem też jak to zrobić.

W tym czasie, a była to druga klasa liceum, nie czytałem zbyt wiele. Jeśli sięgałem po książkę, to była to raczej „klasyka” gatunku: Atak ślimaków, Atak krabów, z rzadka coś Kinga. Lektur oczywiście nie czytałem w ogóle (znowu: pierwszą lekturą, którą przerabialiśmy w pierwszej klasie liceum była… Illiada! – zmagając się z tym eposem, czułem się jakby ktoś wrzucił mnie na głęboka wodę i to od razu z samolotu… ze związanymi za plecami rękoma). Czas, który należało poświęcać na lektury, poświęcałem pisaniu. Miałem zresztą w tym trochę szczęścia, znalazłem nawet internetowy zin, który publikował moje teksty,. czasem po kilka na raz. Feedback był jednak prawie żaden, a jeśłi już ktoś wyrażał swoją opinię na temat mojej pisaniny, to nie była ona zbyt pochlebna. Takie były fakty. „Ale tym gorzej dla faktów” – myślałem i karmiłem siebie przekonaniem, że oto jestem niezrozumiany, jak każdy geniusz (ot, taki młodzieńczy kabotynizm!). Krytyki – mówiąc oględnie – nie brałem do siebie.

Z czasem zapał do pisania mi przeszedł. Zaczęły fascynować mnie niektóre lektury: Zbrodnia i kara, Proces, Dżuma, Mistrz i Małgorzata orazRok 1984, a także polski modernizm i międzywojnie. Z czasem zacząłem sięgać po klasykę z poza listy lektur, a moje rozczytanie się ostatecznie zawiodło mnie na wydział filologiczny. Swoje pisanie zarzuciłem, jak mi się wtedy wydawało, ostatecznie. Za to zacząłem prowadzić bloga.

Wciągnąłem się. Opisywanie trywialnych wydarzeń i sytuacji, z początku będące jedynie chęcią podzielenia się tym i owym z nielicznymi czytelnikami, z czasem weszło mi w nawyk. Z czasem też, coraz bardziej zacząłem zwracać uwagę na słowo, na dobór słów, na sposób snucia narracji i środki wyrazu. I trwało to kilka dobrych lat.

Kolejne próby literackie, zacząłem podejmować – choć dość nieśmiało – w połowie studiów. I tu nagłe zdziwienie: okazało się, że potrafię panować nad słowem! Blogerska praktyka zrobiła swoje. Kolejną kwestią była narracja oraz fabula. Jeśli miałem jakiś pomysł, to potrafiłem przelać go na papier. Już bez rozwlekłych opisów, bez impresji słownych, z pewną konsekwencją oraz skupioną uwagą na konstrukcję i rys psychologiczny, zacząłem tworzyć pierwsze postacie i dopuszczać je do głosu poprzez dialogi, które nie były już tak zidiociałe, kiedy bohater mówi o czymś zupełnie innym, niż do tej pory narrator! Tego własnie nauczyłem się od innych, od realisty Dostojewskiego, naturalisty Balzaca, od neoromantyka Hessego, egzystencjalisty Camus’a, postmodernisty Gombrowicz i wielu, wielu innych, których książki wpadły mi w ręce. I oczywiście, studia z zakresu literatury pozwoliły mi poznać teoretyczną materię niektórych zabiegów, ale teoria od praktyki jest daleka, a samo rozumienie pewnych schematów, nie przekłada się na odpowiednie ich użycie w praktyce.

Dlatego uważam, że czytanie, a w szczególności czytanie klasyki literatury, jest dobrą drogą, a raczej pierwszym krokiem, ku umiejętnemu pisarstwu. Historia literatury nie zna przypadków autorów, którzy pisali, nie czytając sobie współczesnych lub – najczęściej – poprzedników. Johantha Caroll, amerykański pisarz, o którym można napisać wiele, lecz nie to, że jest klasykiem (mimo dużej poczytności swojego czasu), na kartach Krainy Chichów, nie ukrywał swojej fascynaci Edgarem Alanem Poe, Kafką czy Dostojewskim. Brutalistyczny charakter twórczości Bukowskiego, w krytyce gender nieraz ozwany samczym, wywodzi się wprost z fascynacji pisarstwem Hemingwaya. Bukowski czytał również dużo Dostojewskiego, a u tego ostatniego widać wyraźny wpływ Turgieniewa, zwłaszcza w Biesach i Młodziku. Koniec końców Joyce, gdyby nie otrzymał gruntownego klasycznego wykształcenia w wydaniu jezuickim i nie fascynował się tak literaturą staroangielską, jak i bardziej współczesnymi mu skandynawskimi dramatopisarzami, nigdy nie napisałaby Stefana bohatera, a w konsekwencji Portretu… i Ulissesa.

Nie jest to jednak tylko kwestia stylu i z czasem intuicyjnego pojmowania konstrukcji literackich. Z pewnym niesmakiem podglądam od czasu do czasu blogi traktujące o książkach. Miałkość niektórych tekstów, brak jakiejkolwiek głębszej analizy, czy toporny styl, sprowadzają większość takich recenzji do jednozdaniowego: „Książka jest dobra, bo mi się podobała, a w następnej notce napiszę o…”. I nie są to wynurzenia studentek/studentów pierwszego roku filologii, a teksty blogerów, którzy często mają na swoim koncie już po sto recenzji książek! Tylko co to jest za literatura… Pozostaję na swoim twierdzeniu, że z klasyka uczy większego rozumienia słowa*, użycia ze zrozumieniem frazy, wyczucia i umiaru. Oczywiście można też zamiast sięgać po dobrą książkę, czytać po prostu słownik, jak Stefan Dedalus, a przez to Joyce. Ale po pierwsze, to płonne zajęcie, po drugie: bogaty zasób leksykalny u Joyca jest jedynie wisienką na torcie.

*) Umożliwił mu on w, tym samym stopniu co klasyczne wykształcenie, przez to znajomość tekstów w grece i łacinie, umiejętne tworzenie neologizmów o poprawnej gramatycznie konstrukcji, ale na pewno nie przyczynił się do napisania wielkiej improwizacji w portowej knajpie, którą autor zawarł na stronach swojej najgłośniejszej powieści.

Nie jest to zresztą rada tylko dla tych, którzy mają mniejsze lub większe aspiracje literackie. Klasyka uczy nie tylko w jaki sposób i jakimi środkami, ale również o czym pisać. Opowiadania Cortazara nic nie straciłyby, gdyby publikować je w formie cyfrowej jako bloga. Przy braku tematów, zawsze też można sięgnąć po konfabulacyjny realizm, który był domeną Borgesa. Nie mam na myśli tylko Alefu czy Fikcji, ale też teksty w konwencji kryminałów, ale których owa konwencja jest tylko nośnikiem znaczeń. Z braku innych tematów, zawsze można pokusić się o fikcję. Nie jest to od razu jednoznaczne z konfabulacją! Rzeczywistość nam dostępną / przez nas zastaną, można przecież traktować jako punkt wyjścia – Kafka, Gombrowicz, Topor, by tylko wymienić tych oczywistych. Polecam.

Nie wyobrażam sobie pisania na niewygodnej klawiaturze – nie lubię co chwila cofać się do poprzednich słów czy wersów, by poprawić literówkę, bo skok klawiszy jest taki a nie inny. Tak samo nie znoszę pisania w niefunkcjonalnych (dla mnie, podłóg moich preferencji) edytorach tekstu. Ale są to słabości, na które mogę sobie pozwolić (skądinąd: Kiepskiej baletnicy…). Noc jest dla mnie naturalną porą pisania, ale to wszystko zależy – przede wszystkim potrzebuje skupienia, nie lubię odrywać się od pisania, ale jeśli warunki temu sprzyjają, potrafię pisać w dzień. Ostatecznie, piszę bo lubię, a lubię, bo sprawia mi to przyjemność, a sprawia mi ją dlatego,  że z czasem napotykam coraz mniej trudności w wyrażaniu myśli. Niemniej – zawsze jakieś napotykam!, ale to daje mi już tylko dalszą motywację do pisania, do zapasów z formą i pracą nad warsztatem. No i czytam. Jeszcze dwa lata temu miałem ambicję, by zapisywać swoje lektury. i tak między październikiem a majem ubiegłego roku, uzbierało się tego ponad trzydzieści pozycji książkowych. Wynik nienajgorszy zważywszy na fakt, iż w między czasie zmieniła się ustawa o Prawie autorskim i prawach pokrewnych, wkopałem się w fundusze strukturalne i na domiar złego, politykę otwartości w udostępnianiu dóbr kultury i jeszcze ten nieszczęsny artykuł, przez który musiałem sięgnąć do klasyków socjologii i… i koniec końców nic z tego i tak nie wyszło! Tego jednak nie liczę… No i piszę. Piszę w miarę systematycznie, z mniejszym lub większym zapałem (raczej kompulsywnie więc), a gdy nie piszę… wymądrzam się jak tu i teraz na blogu, w objętości 3509 znaków, w ciągu 7 godzin i 28 minut pracy nad niniejszym tekstem.